replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - News: W 2017 roku stwórzmy trzecią siłę c.d.
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
W 2017 roku stwórzmy trzecią siłę c.d.
W ciągu najbliższych dziesięciu, dwudziestu lat skala spadku globalnego popytu konsumpcyjnego w Niemczech może być poważna. Jeśli odniesiemy ujemną dynamikę popytu konsumpcyjnego do wysokiego tempa wzrostu średniej wydajności pracy, to z całą mocą pojawi się problem „realizacji” czyli zbytu i skonsumowania nach produktów. Jedynym rozwiązaniem będzie powiększenie eksportu.
Problem przed którym stoją Niemcy to sposób sfinansowania rosnących wydatków socjalnych związanych z polityką prokreacyjną oraz rosnącym udziałem emerytów w populacji tak, by podtrzymać a nawet podnieść konkurencyjność własnej gospodarki, szczególnie w stosunku do państw azjatyckich. Odpowiedź jest tylko jedna. Ponieważ popyt wewnętrzny na rodzimą produkcję będzie się stabilizował bądź malał, należy dokonać przeglądu branż i działów gospodarki wybierając te, w których perspektywy wzrostu eksportu są największe. Po drugie – należy skoncentrować inwestycje na badania naukowe w tych działach, które rokują najszybszy postęp techniczny, gdyż na nim zarabia się najwięcej. Po trzecie – trzeba postawić na te działy i branże przemysłu, gdzie przyrost zatrudnienia jest stosunkowo niewielki, a nakłady na stanowisko pracy bardzo wysokie. I po czwarte – trzeba produkcję pracochłonną, ekologicznie brudną i o niższej dochodowości „wyeksportować” do sąsiadów, w tym także do Polski. Można uznać, że tym sposobem Niemcy podobnie jak to miało miejsce w latach 1990-2010 będą starały się narzucić krajom Europy Środkowo-Wschodniej, w tym także Polsce kolejny „nowy, międzynarodowy podział pracy”. Będzie on korzystny dla Niemiec, a jednocześnie wiążący i uzależniający sąsiadów od gospodarki tego kraju. By tezę tę poprzeć przykładem wskażę na rosnący eksport polskich produktów pochodzenia rolniczego do Niemiec. Szybki wzrost tego eksportu cieszy wielu polskich polityków na czele z przedstawicielami PSL-u. Nie należy jednak zapominać, że produkcja rolna i oparta na surowcach pochodzenia rolniczego odznacza się z reguły wyższą pracochłonnością, niższym tempem wzrostu wydajności pracy, a także wolniejszym postępem technicznym od większości działów przemysłu. Jest także ograniczona rozmiarami popytu, który przy spadku ludności (co będzie miało miejsce w Niemczech) może zacząć maleć.
Paradoks, na który zwracam uwagę polega na tym, że o ile w latach 2003-2010 Niemcy realizowały politykę ograniczania wydatków socjalnych jako metodę poprawy konkurencyjności całej gospodarki, o tyle od roku 2020 będą zmuszone realizować politykę wzrostu wydatków socjalnych przy spadającym zatrudnieniu, a mimo to poszukiwać rozwiązań podnoszących konkurencyjność ich przedsiębiorstw. Zadanie będzie zatem o wiele bardziej skomplikowane. O ile bowiem wzrost kosztów społecznych będzie pewny, to wzrost efektywności ekonomicznej będzie… pożądany.
ROZWAŻANE SCENARIUSZE
Wobec narastających napięć i różnic w poziomie oraz dynamice gospodarczej poszczególnych krajów Unii Europejskiej padają propozycje rozwiązania strefy euro, likwidacji wspólnej waluty jako głównej przyczyny wzrostu dysproporcji. Pojawiła się też teza, że uzasadnione byłoby wystąpienie Niemiec jako pierwszych ze strefy euro, powrót do marki przy jednoczesnym pozostaniu pozostałych państw Unii Europejskiej w obrębie wspólnej waluty. Czy teza ta może być zrealizowana?
Moim zdaniem zdecydowanie nie. Dla Niemiec wyjście ze strefy euro to utrata przywileju kontroli nad gospodarkami wielu państw Europy i groźba powrotu do stanu z lat 1992-1999, gdy po rozluźnieniu węża walutowego, dewaluacji włoskiego lira konkurencyjność firm niemieckich zaczęła się gwałtownie pogarszać. Co więcej, ponieważ z przyczyn demograficznych i omówionego powyżej wzrostu wydatków socjalnych konkurencyjność gospodarki niemieckiej może ucierpieć, to Niemcy utraty kontroli nad strefą euro nie zaakceptują. Wychodząc ze strefy euro znalazłyby się w izolacji politycznej w stosunku do szeregu państw starej Unii i przeciwstawione by zostały jako przedstawiciel bogatej Północy biednemu Południu. Dodatkowy problem to spłata zadłużenia bądź umorzenie zadłużenia państw południa Europy wobec Niemiec. Sprawa ta z punktu widzenia politycznego, a też sytuacji banków niemieckich ma szczególne znaczenie, gdyż umorzenie długów dla niektórych banków oznaczałoby po prostu bankructwo. Powrót Niemiec do marki oznaczałby jej szybką aprecjację w stosunku do euro i spotęgował międzynarodową spekulację walutową, konfliktując Niemcy z państwami, które pozostały w strefie euro.
Jeśli zatem Niemcy pozostaną w strefie euro, to w którą stronę ewoluować będzie wspólna waluta i cała Unia Europejska?
Niemcy potrzebując środków – pieniędzy na politykę socjalną i modernizację przemysłu muszą dokonać manewru ograniczającego ich wydatki na politykę wspólną Unii Europejskiej. Muszą „związać” mocniej ze sobą te państwa Unii, które ze względów ekonomicznych i politycznych uznają za ważne, osłabiając jednocześnie relacje z pozostałymi. Dlatego też jesteśmy w przededniu powstania trzech grup państw członków Unii Europejskiej. Do grupy pierwszej obok Niemiec zaliczać będą się Francja, Holandia, Belgia, Austria. Do grupy drugiej pozostałe państwa należące do strefy euro, jak Włochy, Hiszpania, Portugalia, Grecja. Zaś do grupy trzeciej zaliczyć należy państwa nie należące do strefy euro. Bez względu na to, czy dany kraj należeć będzie czy nie do strefy euro musi liczyć się z poważnym spadkiem dopłat i pomocy finansowej w ramach Unii Europejskiej po roku 2020. Podział Unii Europejskiej na trzy grupy umożliwi Niemcom aktywniejszą politykę walutową i umocnienie euro na co firmy niemieckie są przygotowane. Dla pozostałych zaś państw, szczególnie drugiej grupy, może być to powodem dodatkowych problemów. Ponieważ Niemcy jako globalny eksporter od szeregu lat dokonują przeorientowania swojego handlu zagranicznego, to sądzić należy, że polityka ta ulegnie przyspieszeniu. Zwróćmy uwagę, że w ciągu piętnastu lat od wprowadzenia wspólnej waluty udział państw strefy euro w obrotach handlowych z Niemcami spadł o około 20%. Dla przykładu – udział Polski w obrotach z Niemcami w tym czasie podwoił się i stanowi 4,5%.
Należy oczekiwać, że wobec stagnacji demograficznej w Unii Europejskiej i zapaści demograficznej w Europie Środkowo-Wschodniej Niemcy coraz bardziej będą orientować się na handel pozaeuropejski. Jeśli tak, to polityka kursu walutowego euro zostanie temu podporządkowana. Euro stanie się narzędziem wspierania własnych firm, poprawy ich konkurencyjności a jednocześnie narzędziem hamowania bądź eliminowania konkurencji ze strony pozostałych państw Unii. Euro w większej niż do tej pory skali stanie się czynnikiem alokacji inwestycji, koncentrowania ich w dziedzinach, branżach i regionach najnowocześniejszych. Nie może dziwić orientowanie się Niemiec na Rosję i Chiny jako dwa, o różnym wszakże potencjale, ale ogromne rynki zbytu.
WNIOSKI DLA POLSKI
Teza pierwsza, z którą należy się rozprawić mówi o tym, że ze względów politycznych, by „ostatecznie zakotwiczyć Polskę w UE powinniśmy przyjąć walutę euro”. Jej autorem jest Aleksander Kwaśniewski. Profesor Grzegorz Kołodko w swym artykule, w tytule zadaje pytanie „Czy Polska zbawi euro?” zaś profesor Witold Małecki mówi: „Agresywna polityka Rosji, przetaczająca się przez świat fala populizmu i nacjonalizmu oraz groźba nawrotu izolacjonizmu w Stanach Zjednoczonych i tym samym znacznego osłabienia NATO powodują, że polską racją stanu powinno być, aby Unia Europejska była jak najsilniejsza, a Polska zajmował w niej znaczące miejsce. Może się okazać, że pozostanie w Unii pierwszej prędkości będzie wymagało przystąpienia do strefy euro”.
Postawmy sprawę jasno. Wejście Polski do strefy euro w najbliższym czasie „zakotwiczyłoby” nas u boku Niemiec jako pomocnika w realizacji ich celów społecznych, politycznych i ekonomicznych. Zadajmy sobie pytanie: na jakie to kwestie ważne dla Polski moglibyśmy wywierać wtedy większy, a co pożądane, decydujący wpływ? Odpowiedź brzmi – na żadne od kwestii finansowo-budżetowych poczynając poprzez imigracyjne a skończywszy na polityce zagranicznej Unii Europejskiej. Podział stanowisk, sposób procedowania w Europejskim Banku Centralnym, w instytucjach rozstrzygających o losach euro został już dokonany i rozdzielony między Niemców i Francuzów. Nie mamy na co liczyć, nie mielibyśmy nic do gadania.
Na pytanie, czy Polska powinna zbawiać Europę odpowiedzi udzieliła historia poczynając od Wiktorii Wiedeńskiej przez Cud nad Wisłą i klęskę 1939 roku. Byliśmy przedmurzem, byliśmy państwem frontowym – płaciliśmy za to krwią i niewolą, gdy dzięki nam uratowana Europa „kręciła deale” z naszymi wrogami i okupantami. Czy dziś umowy dotyczące Nord Stream 1 i 2 nie nakazują zachowania ostrożności?
Na pytanie o polską rację stanu odpowiem Panu Profesorowi, że jest nią wysoka dynamika gospodarcza i szybka poprawa konkurencyjności polskich firm na rynkach zagranicznych.
Czy bycie w „Unii pierwszej prędkości” jest przywilejem i obowiązkiem? Dane za lata 1998-2015 pokazują, że średnie tempo wzrostu PKB w krajach strefy euro wynosiło 1,3% rocznie, tyle samo co w Niemczech. W nienależących do strefy euro: Szwecji – 2,5%, Rumunii – 3%, w Polsce – 3,8%. Co gorsza, kraje należące do strefy euro: Włochy osiągnęły 0,25%, a Portugalia 0,6% w tym okresie. Na lata 2016-2019 prognozowane tempo wzrostu dla Niemiec wynosi 1,5-1,8%, dla strefy euro – 1,6%, dla USA ponad 2%, dla Chin ponad 6%, dla Polski ponad 3%. Wniosek, który się nasuwa jest oczywisty. Wejście Polski do strefy euro przesądziłoby o tempie wzrostu polskiej gospodarki, które nie mogłoby w znaczący sposób różnić się – być wyższe – od pozostałych państw strefy euro. Jest niestety wysoce prawdopodobne, że byłoby ono niższe od tempa wzrostu Niemiec i jakościowych przemian w tej gospodarce. Taka dynamika gospodarcza to, powiedzmy otwarcie – wyrok na Polskę. Po kilkunastu latach kraj o takim położeniu geograficznym jak nasze, nie potężniejący a słabnący gospodarczo skazany byłby na likwidację.
Zakotwiczenie u boku Niemiec oznacza świadomą akceptację polityki państwa, które, by strzec własnych firm nie wypełnia warunku sprawnego funkcjonowania strefy euro sformułowanego w modelu wspólnego obszaru walutowego przez Mundella. Przypomnę, że warunek ten mówi o zniesieniu barier w przepływie towarów, kapitału i siły roboczej. O utrudnieniach w wejściu na niemiecki rynek, a co dopiero o inwestowaniu i wykupie niemieckich firm najlepiej wie polski Ursus, który dopiero po interwencjach na najwyższych szczeblach politycznych otrzymał ostatnio zgodę na eksport traktorów do Niemiec.
W wymiarze ekonomicznym Polska uzależniałaby się coraz bardziej od niemieckiego przemysłu i niemieckiego systemu kredytowania i finansowania przedsiębiorstw oraz inwestycji. Już sam wybór kursu wymiany złotego na euro wydaje się być decyzją nie mogącą pogodzić punktów widzenia polskich przedsiębiorców, eksporterów i polskich konsumentów. Dla polskiego konsumenta pożądany byłby kurs zbliżony do parytetu siły nabywczej, czyli wynosić powinien około 2 złote za 1 euro. Powiedzmy jasno – taki kurs oznaczałby klęskę bez mała wszystkich polskich eksporterów. Profesor Kołodko proponuje kurs między 3,8 a 4 złote za 1 euro. Kurs ten jest mało atrakcyjny dla polskich eksporterów w dłuższym horyzoncie czasowym, gdyż liczyć się należy ze wzrostem płac – są one przecież w Polsce bardzo niskie, a to przełożyłoby się na wzrost kosztów produkcji i pogorszenie konkurencyjności przedsiębiorstw. Kurs zbliżony do 5 złotych jest trudny do zaakceptowania dla większości polskich obywateli, gdyż ich płace i dochody nie przekraczałyby wtedy 300 euro miesięcznie. Kwestią strategiczną dla Polski jest szybka poprawa konkurencyjności i opłacalności eksportu oraz przyspieszenie tempa rozwoju gospodarczego. Dokonać się to może tylko poprzez bardzo aktywną politykę wspierania przedsiębiorczości i stabilizowanie bądź hamowanie wydatków socjalnych. Wejście do strefy euro odbiera nam narzędzia i możliwość prowadzenia takiej polityki. Wejście do strefy euro odbiera nam też wpływ na politykę finansowania i kredytowania inwestycji.
Szczególny argument w sporze o przystąpienie Polski do strefy euro przedstawił Jarosław Kaczyński. Stwierdził on, że o sprawie warto będzie rozmawiać, gdy Polska osiągnie 85% poziomu rozwoju Niemiec. Przecieram oczy i nie mogę się nadziwić. Jeśli Polska zdobyłaby się na mądrą strategię gospodarczą i własnym wysiłkiem nadrobiła ogromny dystans dzielący nas od Niemiec to pytam – po co miałaby wtedy przyjmować euro, czyli walutę kraju, który rozwija się wolniej i ma własne problemy. Po co, gdy jedzie się szybko, zwalniać, doczepiać swój pojazd do wlokącego się wehikułu, którym nawet nie będzie można kierować, którym kieruje ktoś inny?
Sumując. Niemcy już jedną batalię przy pomocy euro wygrały. Czy wygrają kolejną? Dominacja Niemiec w Unii Europejskiej i Europie jest faktem. Niemcy wchodzą w długi okres wzrostu kosztów polityki społecznej oraz wynikające stąd poważne zmiany w strukturze gospodarki. Do realizacji swych celów wykorzystają swoją uprzywilejowaną pozycję w Europie i możliwość wpływania poprzez narzędzie jakim jest wspólna waluta euro na gospodarkę kontynentu. Koszty tej polityki będą starali się przerzucić na partnerów. Ułatwi im to ten, kto jako słaby partner należy bądź wstąpi do strefy euro.
Zwolennikom członkostwa Polski w euro, nie tracąc nadziei, że moje argumenty ich przekonają dedykuję sentencję Aleksandra Fredry: „Nie pomoże i męstwo, gdy przezorność mała. Samobójcze skłonności Polska ma i miała”.
Rachunki krzywd… Za paliwo
3 maja 2017 / Leave a comment
„Są w ojczyźnie rachunki krzywd…” – zapewniam, że nie będzie bezzasadne podążanie za wskazaniami poety wprost do największego nad Wisłą producenta paliw – PKN Orlen.
Na początek krótka, acz dająca do myślenia wyliczanka. Jeśli przyjmiemy, że cena jednego litra paliwa wynosi 5 złotych (sądzę, że mniej więcej tyle kosztować będzie paliwo na naszych stacjach benzynowych przed wakacjami) to możemy od razu obliczyć ile wyniosły: opłata paliwowa, akcyza i podatek VAT, czyli narzuty nałożone przez ministra finansów, które my jako klienci płacimy. Otóż opłata paliwowa to około 13 gr na litrze, akcyza to około 1,54 zł na litrze, zaś VAT to około 93 gr na litrze benzyny. W sumie otrzymaliśmy 2,60 zł narzutów na jeden litr paliwa.
Zatem cena netto, po której nasze firmy sprzedają paliwo dystrybutorom musi być niższa od 2,40 gr. Dlaczego? Ponieważ musimy uwzględnić marże dla dostarczycieli paliwa z rafinerii do stacji oraz marże stacji benzynowych. Według danych opublikowanych przez Orlen cena netto jednego litra benzyny wynosi około 2 zł w hurcie.
A teraz radosna informacja. PKN Orlen „wypracował” (zapamiętajcie Drodzy Czytelnicy to słowo) nie zarobił, a właśnie „wypracował” w pierwszym kwartale 2017 roku ponad 2 mld zł netto zysku (po opłaceniu podatku dochodowego) czyli 2,5 mld zł przed opodatkowaniem.
Dokonajmy porównania. Cena ropy na giełdach światowych w roku 2011 wahała się wokół 100 dolarów za baryłkę. Jeden dolar kosztował wtedy około 3,5 zł. Możemy powiedzieć, że cena baryłki ropy wynosiła około 350 zł. Ceny detaliczne diesla i benzyny na stacjach paliw oscylowały wtedy wokół 4,9-5,2 zł.
„Przeskoczmy” do współczesności. Wiosną 2017 roku cena baryłki ropy to koszt około 50 dolarów, czyli jest o połowę niższa niż 6 lat temu. Jeden dolar kosztuje około 3,85 zł, czyli jest droższy w przybliżeniu o 10%. Cena baryłki ropy nie przekracza zatem 200 złotych. Koszt zakupu jednej baryłki ropy jest zatem dziś o około 45% niższy niż w 2011 roku.
A teraz spojrzenie na ceny detaliczne na naszych stacjach benzynowych. Są one o około 10% niższe niż w roku 2011. Ktoś powie – zaraz – przecież cena baryłki ropy spadła o 45%, czemu zatem paliwo kosztuje tylko o 10% taniej?
Odpowiedź tkwi w cudownie „wypracowanym” zysku przez PKN Orlen. Gdyby chciał on zachować proporcje kosztów zakupu baryłki ropy do hurtowej ceny sprzedaży z roku 2011, to cena jednego litra benzyny w hurcie powinna wynosić nie około 2 złote, a około 1,1 zł. Do otrzymanej kwoty doliczmy podatek VAT. Jest to suma opłaty paliwowej – 13 gr, akcyzy – 1,54 zł, ceny netto paliwa – 1,1 zł, czyli 2,77 zł pomnożona przez 23%. Ponieważ VAT wyniesie 64 gr, dodajmy 2,77 zł do 64 gr i otrzymamy około 3,40 zł. Załóżmy, że kwota marży handlowej, kosztów transportu wynoszą w sumie – jak poprzednio szacowaliśmy – około 0,4 zł. Zatem cena benzyny po której powinniśmy kupować ją w detalu nie powinna przekraczać 3,80 zł.
Teraz już wiemy, skąd wziął się tak wspaniały wynik finansowy PKN Orlen. Po prostu zamiast obniżyć cenę hurtową o niemal połowę, firma utrzymała jej poziom z okresu, gdy ropa był dwukrotnie droższa. Oczywiście, PKN Orlen jest firmą poważną i kontrolowaną przez państwo, więc skrupulatnie zapłacił państwu należny podatek dochodowy zostawiając dla siebie, bagatela – ponad 2 mld zł zarobione w ciągu jednego kwartału.
Podliczmy. Narzuty na jeden litr benzyny przy cenie 5 zł już „na wejściu” wynoszą 2,60, dodajmy do tego około 1 zł, które zarabiają rafinerie nie obniżając cen hurtowych do poziomu wynikającego ze spadku ceny ropy na rynku światowym. W sumie otrzymujemy około 3,50 zł narzutów na jednym litrze benzyny. Proszę mi pokazać drugi taki produkt, na którym państwo zarabia około 3,50 zł przy cenie detalicznej 5 zł. Proszę mi pokazać drugą taką firmę, która bez narobienia się wypracuje taki zysk. Otóż – jest i druga – Lotos. Orlen i Lotos, dwóch monopolistów – jak para paliwowych „gniadych”, jak pegazy unoszą się nad polską gospodarką. A fachowe kierownictwo nad nimi sprawują najlepsi z najlepszych delegowani przez „dobrą zmianę”. To mówiąc, łaskawie zakładam, że wszystkie koszty, które ponoszą obie rafinerie są całkowicie uzasadnione, a działalność ich dyrekcji jest nie rozrzutna, a oszczędna i racjonalna.
Jako naiwny klient powinienem zapytać, co na monopolistyczny dyktat mówi Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Ponieważ odpowiedź znam – a jest nim milczenie urzędu – to powiem tylko, że my – klienci stacji benzynowych powinniśmy i zróbmy to – policzmy, ile razy jesteśmy nabijani w balona:
1. gdy płacimy opłatę paliwową
2. płacąc akcyzę
3. gdy płacimy zawyżony VAT
4. gdy opłacamy zawyżoną w stosunku do kosztów hurtową cenę monopolową
5. gdy nie możemy rozliczyć całej faktury za zakup paliwa, bo jest to tak pogmatwane, że lepiej nie próbować
6. gdy płacimy osobny podatek na UOKiK, który miast nas bronić broni… monopolistów
7. gdy monopolista zarobiony naszym kosztem zysk nadzwyczajny… zainwestuje w coś, co nijak ma się do jego działalności (przykładem firmy energetyczne, które dofinansowują kopalnie), np. o paradoksie… w prace nad samochodem elektrycznym.
Tę wyliczankę można kontynuować, ale ja ograniczę się do tylko jednego przykładu. Ustawa 500+ spowodowała gwałtowny wzrost zakupu samochodów używanych. Sprzedaż paliwa wzrosła – diesla o około 40%, benzyny o około 11%. Ustawa 500+ z pewnością takiemu stanowi rzeczy sprzyjała. I tak oto obdarowani dodatkowymi pieniędzmi na dzieci, nasi rodacy radośnie wpłacili je z powrotem do budżetu za pośrednictwem stacji paliw i drogiej benzyny.
Jako ekonomista i przedsiębiorca nie mogę nie zwrócić uwagi na fakt, że polityka cenowa i podatkowa państwa względem paliw jest jednym z ważnych narzędzi kształtowania konkurencyjności gospodarki. Pytam – jak chcemy mieć konkurencyjne firmy, jeśli ceny paliw, które tak bardzo ważą w ich kosztach są wysokie? Jak chcemy mieć konkurencyjną gospodarkę, jeśli dla naszego robotnika i konsumenta paliwo jest drogie? Dziś dla pracownika samochód nie jest dobrem luksusowym, a z reguły środkiem komunikacji z miejscem pracy. Trzeba pracownikowi w płacy dać na samochód i paliwo odpowiednią ilość pieniędzy. Drogie paliwo to także droga komunikacja zbiorowa – autobusy i taksówki. W sumie wysoka cena paliwa podnosi koszty płacowe, a tym samym koszt robotnika. Drogi pracownik co oczywiste, to niższa rentowność przedsiębiorstwa, jego konkurencyjność i konkurencyjność całej gospodarki. Polska dziś, gdy prawie nie ma przewag w przemyśle w stosunku do zagranicy powinna tam, gdzie to tylko możliwe takie przewagi stwarzać.
Stawka 23% VAT na paliwo (o wiele więcej od zalecanej przez Unię Europejską) oznacza, że dodatkowa ilość pieniędzy zarobionych przez państwo tą drogą na konsumentach trafia jako nasza składka do budżetu Unii Europejskiej (wysokość składki danego państwa do budżetu UE jest proporcjonalna, jest funkcją wysokości wpływów z podatku VAT danego państwa).
Wysoki podatek VAT na paliwo to oczywiście zachęta do nadużyć, wyłudzeń, przestępstw. To, że trzeba z nimi walczyć to oczywiste. Źle się jednak dzieje, jeśli przepisami, a przede wszystkim wysokością stawki stwarza się zachętę do przestępstw. Nie należy się dziwić zatem, że mimo wysokich kar i ryzyka tę drogę wybierają coraz lepiej zorganizowane mafie. Walka z nimi jest kosztowna – pytanie jak kosztowna, bo przecież służby są utrzymywane z naszych podatków.
Dlatego uważam, że przedsiębiorcy powinni podjąć kampanię sprzeciwu wobec monopolistycznych praktyk polskich koncernów naftowych i rządu, który tę politykę kreuje i wspiera.
Niech nie będzie tak, że wielcy i możni w naszej gospodarce zarabiają dużo i lekko kosztem wielu małych i ciężko pracujących. Niech nie będzie tak, że wielcy i możni wydają zarobione pieniądze tak, by przypodobać się politykom, a ci z kolei chwalą się tymi wydatkami, by przypodobać się… wyborcom.
I zrobiło mi się nieśmiesznie.

Po ludzku o „świńskim ciele”
20 lipca 2017 / Leave a comment

O polskim rolnictwie, polityce państwa i Unii Europejskiej wobec polskiego rolnictwa, nie zachłystując się pochwałami i samozadowoleniem, nie ma odwagi pisać nikt. Ani naukowcy, ani tym bardziej politycy bądź działacze gospodarczy nie zaryzykują krytycznych sądów. O polskim rolnictwie mówi się tylko dobrze, bo przecież państwo i Unia Europejska dofinansowują ten sektor na niespotykaną kiedyś skalę. Jakikolwiek głos krytyczny to wystawienie się na ryzyko „podpadnięcia” potężnemu i licznemu w Polsce wiejskiemu elektoratowi. Wspierany on jest dzielnie przez zatrudnionych w otoczeniu rolnictwa, czyli w branżach sprzedających środki produkcji, skupujących, przechowujących i przetwarzających, a na końcu sprzedających produkty rolne.
Ten stan rzeczy powoduje, że coraz bardziej w ocenie stanu i sytuacji w polskim rolnictwie odrywamy się od rzeczywistości, coraz bardziej ci, którzy o rolnictwie mówią i piszą tę rzeczywistość zakłamują. Aż tu nagle ujawnia się problem, którego skala i możliwe konsekwencje ekonomiczne, polityczne, ekologiczne sprowadzają nas boleśnie na ziemię. Co mam na myśli? Epidemię afrykańskiego pomoru świń (ASF), która rozprzestrzeniła się na wschodnich terenach Polski, a jest wysoce prawdopodobne, że wkrótce przekroczy linię Wisły i obejmie cały kraj.
Pojedyncze ogniska choroby przywleczonej podobno do nas zza wschodniej granicy przez zarażone dziki zaobserwowano kilka lat temu. Reakcja odpowiedzialnych za rolnictwo władz i nadzoru sanitarnego była „dyskretna” – zgodnie z regułą, że o problemach najlepiej nie mówić głośno i nie działać radykalnie. Doszło do rozprzestrzenienia się epidemii i w chwili obecnej mamy ujawnionych kilkadziesiąt jej ognisk.
Według zajmujących się problemem naukowców i działaczy gospodarczych za rozszerzanie się epidemii w pięciu do dziesięciu procentach odpowiadają dziki, których populacja w Polsce osiągnęła niespotykane rozmiary, szacowane na około 400 tysięcy sztuk. Tymczasem norma liczby dzików w stosunku do powierzchni lasów nie powinna przekraczać 40 tysięcy sztuk. Dzików przybywa, bo zwiększa się obszar uprawy kukurydzy – przysmaku tych zwierząt, a jednocześnie przestały być one atrakcją dla myśliwych. Dziś Pawlak z filmu „Nie ma mocnych” nie musiałby tracić czasu na przemalowywanie świni na dzika, by partyjny aparatczyk miał na co zapolować – dzików ci u nas dostatek.
Odpowiedzialność w ponad dziewięćdziesięciu procentach za rozszerzanie się epidemii ponoszą ludzie. Na wsiach rolnicy ciągle jeszcze nie przestrzegają surowych zasad sanitarnych. Co gorsza, często to rolnicy skarżą się na służby weterynaryjne, że to one roznoszą chorobę. W domyśle sugerowane jest, że obowiązuje zasada: jest choroba, jest klient, jest kasa.
Osiągnęliśmy stan, w którym zagrożona jest znaczna część producentów trzody, a przecież są oni bardzo silnie powiązani ekonomicznie z bankami kredytującymi produkcję, przetwórniami mięsa, handlowcami.
Przykładem niech będzie młody rolnik z powiatu monieckiego, który zaciągnął kredyt na budowę tuczarni trzody, uruchomił tucz na dużą skalę, a teraz na skutek zarazy musi zutylizować idące w ponad tysiąc sztuk stado. Co więcej, przez kilka lat nie może podejmować tej działalności, gdyż jego gospodarstwo jest zainfekowane. Rodzi się pytanie, jak ma spłacać kredyty? Z czego utrzymać rodzinę i siebie?
Sprawa wydawała się błaha do czasu, gdy mówiono o kilku ogniskach epidemii. Wtedy ją zlekceważono w myśl zasady „moja chata z kraja”. Dziś, gdy epidemia rozprzestrzeniła się szeroko, jej opanowanie wymaga działań radykalnych i wielokierunkowych zgodnie z przykładem, które dała kilkadziesiąt lat temu Hiszpania. Co tam zrobiono? Zlikwidowano całkowicie tucz trzody w cyklu otwartym, a nawet zamkniętym przeprowadzając jednocześnie bardzo starannie wszystkie zabiegi sanitarne i dezynfekujące. Co więcej, idąc za przykładem hiszpańskim powinniśmy radykalnie ograniczyć uprawę kukurydzy zastępując ją innymi roślinami, by zlikwidować „stołówkę pod chmurką” dla dzików. Po trzecie – należy ograniczyć populację dzików umożliwiając ich odstrzał nawet na terenach Natury 2000 i w parkach narodowych – choć jest to półśrodek trudny do zaakceptowania dla ekologów (że dziki idą po władzę o tym mogę przekonać dołączając do artykułu zdjęcie odyńca spacerującego po ulicy Wiejskiej w Warszawie w pobliżu Sejmu, w senną niedzielę kilka tygodni temu).
Co najważniejsze, to należy pomóc w stworzeniu zawodowej alternatywy dla kilkudziesięciu, a może więcej tysięcy rolników i współpracujących z nimi pracowników i przedsiębiorców, którzy powinni przekwalifikować się i podjąć inną działalność. W przeciwnym razie oni wszyscy skazani są na wegetację bądź bankructwo. I tak oto mały świński problemik stał się dużym problemem i to dotyczącym różnych środowisk gospodarczych. To nie są żarty. To jest często być albo nie być dla tych, którzy z ziemi się wywodzą, byt swój z ziemią związali i nie chcą, a bywa że nie potrafią z niej odejść.
Po powyższym opisie widać, że problem ASF w Polsce przerasta możliwości przeciwdziałania, a co dopiero likwidacji, jakimi dysponuje ministerstwo rolnictwa. Konieczna jest współpraca między resortami rolnictwa, spraw wewnętrznych, środowiska i finansów, a także samorządami i kto wie, kim jeszcze. By problem realnie rozwiązać potrzebny jest program wsparty poważnymi kwotami pieniędzy wygospodarowanymi przez ministra finansów i Unię Europejską. Wątpić jednak należy, by ta druga instytucja do interwencji i pomocy się kwapiła. Dlaczego? Nie jest dla nikogo tajemnicą, że wyparcie polskiej wieprzowiny z rynku UE to marzenie producentów z Hiszpanii, Danii, Niemiec. Tu litości nie ma – jest szansa wyeliminować polskiego konkurenta z rynku, to się to robi, tym bardziej, że ostatnimi laty polscy rolnicy rozpychają się nieco ze swym eksportem na rynek unijny i na Wschód.
Jakie mogą być koszty programu? Nawet szacunkowo i skromnie licząc potrzebnych będzie kilka a prawdopodobnie kilkanaście miliardów złotych w okresie trzech-pięciu lat, by zlikwidować epidemię i stworzyć alternatywne źródła dochodów dla rolników dziś prowadzących tucz trzody. Tak czy inaczej, należy liczyć się ze spadkiem produkcji wieprzowiny w Polsce, a w konsekwencji wzrostem cen mięsa wieprzowego i jego przetworów, co z pewnością jest złą wiadomością dla konsumentów.
A co w tej sprawie zamierza zrobić ekipa dobrej zmiany? Nie chcąc narazić się rolnikom, bo przecież za rok to oni będą rozstrzygali w wyborach na kogo zagłosują w samorządach, a za dwa lata w wyborach do parlamentu, minister rolnictwa próbuje rozładować napięcie obiecując odszkodowania i proponując rozwiązania prosto z głowy urzędników – tyleż spóźnione, co i nieskuteczne.
Przykładem niech będzie projekt budowy za ponad sto milionów złotych płotu na granicy Polski z Białorusią i Ukrainą. Liczyłby on ponad 700 kilometrów. Co o tym pomyśle sądzić? Wątpić należy w jego skuteczność i zgodę ekologów na jego budowę chociażby przez Puszczę Białowieską. Jeśli już, to dziś płot taki przydałby się bardziej na linii Wisły, ale nawet on nie uchroni przed przenoszeniem epidemii przez ptaki żerujące na padłych dzikach.
Przykład drugi to pomysł włączenia wojska i obrony terytorialnej do odstrzału dzików. Ktoś, kto o tym mówi dowodzi, że nie ma zupełnie pojęcia o tym, czym jest broń myśliwska, a czym broń używana przez wojsko.
Nierozwiązany pozostaje problem utylizacji padłych świń. Dziś są one transportowane na znaczną odległość, co jest bardzo kosztowne. A przecież ich mięso mogłoby być przerobione na karmę dla psów i kotów.
Sumując, polscy fachowcy od rolnictwa powinni zdać sobie sprawę, a najlepiej zrozumieć i zapamiętać, że większość problemów, które dotyczą rolnictwa może zostać rozwiązana tylko przy skoordynowanym użyciu narzędzi, metod, sposobów dostarczonych rolnictwu z zewnątrz, z otoczenia gospodarki włącznie ze środkami finansowymi. Po drugie, by możliwe rozwiązanie zostało sprawnie wprowadzone w życie potrzebna jest aktywna, zbiorowa, zgodna współpraca, współdziałanie rolników – co dziś na polskiej wsi jest często bardzo trudne bądź niewykonalne. W myśl przysłowia „chłop… (przepraszam – rolnik) na zagrodzie równy wojewodzie”.
Tak czy inaczej, w przededniu Ogólnopolskiego Święta Wieprzowiny przypadającego na dzień 5 sierpnia każdy kto lubi zakąsić „świńskim ciałem” niech trzyma kciuki, by epidemia ASF została w Polsce zlikwidowana.
Czas zatroszczyć się o giełdę
20 sierpnia 2017 / Leave a comment

Giełda – dla wielu moralizatorów siedlisko spekulantów, szatański pomysł, instytucja z piekła rodem. Dla części ekonomistów – źródło informacji o koniunkturze gospodarczej, o nastrojach przedsiębiorców. Dla wielu polityków to barometr ostrzegający przed kryzysem bądź uwiarygadniający słuszność podjętych decyzji.
Prawda jest jedna – tam, gdzie gospodarka rynkowa, gdzie kapitalizm, tam istnieje giełda. Brak giełdy oznacza najczęściej słabość gospodarki, jej zacofanie. Dlatego nie ma się co na giełdę obrażać.
Jak wiele instytucji w gospodarce rynkowej giełda może funkcjonować dobrze i służyć ekonomistom, przedsiębiorcom, politykom i oczywiście spekulantom. Służyć, czyli wypełniać swą rolę informatora o koniunkturze i miejsca do zarabiania pieniędzy. Może też, przeciwnie – służyć źle, miast informować wprowadzać w błąd czyli dezinformować, skłaniać do błędnych decyzji, których skutki dla wielu obywateli nie mających z nią na co dzień do czynienia bywają bardzo kosztowne. O tym, jak giełda wypełnia swą powinność decydują przede wszystkim ramy prawne na nią nałożone oraz instytucje kontrolne nadzorowane przez państwo.
Skoro zatem mamy w Warszawie giełdę, to rolą państwa jest o nią dbać i pilnie przestrzegać, by reguły gry giełdowej były równe dla wszystkich. Państwu powinno zależeć tym bardziej, że ono samo jako akcjonariusz właściciel jest dużym graczem giełdowym, kto wie czy nie największym i najsilniejszym – wszak posiada znaczące pakiety akcji w szeregu spółkach.
I tak oto tu i teraz dochodzimy do sedna problemu, czyli opodatkowania dochodów z giełdy. By od razu „nie podpaść” zwolennikom opodatkowania do cna spekulantów przytoczę przykład świadczący o nierówności reguł w stosunku do podmiotów giełdowych.
Potężny koncern KGHM podjął decyzję o wypłaceniu części dywidendy (czyli części zysku wypracowanego i już raz opodatkowanego podatkiem dochodowym) akcjonariuszom. Akcjonariusze to przecież współwłaściciele firmy. Powtórzmy. Firma zarobiła pieniądze, wypracowała zysk, zapłaciła państwu należny podatek a teraz pozostałą kwotą chcą się jej właściciele podzielić. I co? Otóż ta część pieniędzy, która trafiła do akcjonariuszy jest ponownie opodatkowana tzw. podatkiem dochodowym Belki. Oznacza to podwójne opodatkowanie – raz zysku, dwa zysku po opodatkowaniu. Na czym polega nierówność podmiotów, czyli łamanie reguł gry, a zatem prawa? Indywidualni akcjonariusze płacą do skarbu państwa ów podatek Belki, zaś państwo jako akcjonariusz taki sam podatek płaci… samo do własnej kasy. Akcjonariusz otrzymuje realnie mniej pieniędzy, a państwo realnie więcej, bo tyle samo co przed powtórnym opodatkowaniem.
Cała historia ma swój aspekt prawny i ekonomiczny. W aspekcie prawnym należy mówić o procederze podwójnego opodatkowania akcjonariuszy, gdyż jako współwłaściciele firmy płacą oni podatek od zysku, by następnie zapłacić go ponownie od pozostałego funduszu, czyli dochodu. Gdyby KGHM był własnością jednej osoby (działał na zasadzie jednoosobowej działalności gospodarczej) to tylko raz płaciłby podatek dochodowy. Ponieważ właścicieli, a dokładnie współwłaścicieli KGHM jest wielu, a formą własności spółka akcyjna, to opodatkowuje się owych wielu dwukrotnie, ale główny akcjonariusz, czyli państwo naliczając firmie od swych udziałów i dochodów podatek dwukrotny naprawdę nie płaci go w ogóle, ponieważ pieniądze wracają do kasy skarbu państwa. Ponieważ państwo w swej dobrotliwości nie zna granic, więc wymyśliło podatek trzeci, tzw. podatek od złóż (wbrew obietnicy wyborczej rządzących dotąd nie został zniesiony), którym dodatkowo „strzyże” udziałowców czyli współwłaścicieli firmy zaniżając jej zysk.
Polska z wieloma państwami podpisała umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania. W tym giełdowym przypadku reguła ta nie jest przestrzegana.
Wyrok w postaci potrójnego opodatkowania firma KGHM i akcjonariusze pokornie przyjmują do akceptującej wiadomości. Bo w firmie zarządzają ludzie z nadania politycznego, czyli przestrzegający podstawowej reguły urzędniczej – po pierwsze pilnować własnego stołka, a dopiero na drugim miejscu interesu przedsiębiorstwa. Zaś dla tak wielu akcjonariuszy jasnym jest, że ich głos, a raczej zawodzenie o korzystniejsze reguły gry do decydentów nie dociera i nikogo nie wzrusza.
Postawmy jednak ponownie pytanie, czy odpowiedzialni politycy dobrej zmiany w majestacie prawa i sprawiedliwości powinni z powagą zająć się dylematem giełdy?
Czy się nam podoba, czy nie gospodarka światowa wyznaczyła trend rozwoju instytucji finansowych pośredniczących w transakcjach handlowych i pieniężnych o cechach giełdy. To giełdy są fundamentem i kośćcem centrów finansowych, koncentrują uwagę inwestorów i polityków. To giełdy obracają bilionami, „obrastają” instytucjami doradczymi i analitycznymi.
Nasza giełda od kryzysu 2007-2008 jest w stanie zapaści. Poziom wskaźników aktywności inwestorów ledwie przekracza połowę wysokości tych wskaźników sprzed dziesięciu lat. Dla porównania – giełdy na świecie dawno już odrobiły wyniki sprzed kryzysu, biją i ustanawiają nowe rekordy aktywności inwestorów. Moim zdaniem, nasza giełda swymi regułami nie przyciąga, a raczej odpycha tych, którzy mają środki i gotowi są je na niej ulokować. O tym, że atmosfera wokół giełdy jest zła i że stała się ona raczej elementem „walki o łupy” między rządzącymi świadczy najlepiej tryb odwoływania i powoływania jej nowego prezesa.
Zniesienie podatku giełdowego i inne korzystne dla graczy rozwiązania z pewnością przyciągnęłyby na giełdę zarówno rodzime oszczędności, jak i zagranicznych spekulantów finansowych. To z kolei doprowadziłoby do podwyższenia wyceny przedsiębiorstw, a w przypadku dokonania przez nie nowej emisji zasilenia kapitałem firm notowanych na giełdzie. I to byłby efekt pożądany. By ustrzec się jednocześnie negatywnego zjawiska transferu zysków zagranicę na wielką skalę i „bańki spekulacyjnej” należałoby znowelizować prawo dewizowe oraz ustanowić obowiązek ostrzegania o narastaniu zagrożenia spekulacyjnego, chociażby przez Komisję Nadzoru Finansowego.
Zwróćmy też uwagę na rzecz ważną – nadarza się okazja, którą przegapić byłoby grzechem. Wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nieuchronnie prowadzi do wycofywania się wielu instytucji finansowych z londyńskiego City. Przenoszą się one tam, gdzie dostrzegają sprzyjającą glebę i klimat do „zapuszczenia korzeni”. Czy nie należy spróbować i skorzystać z okazji i zapewnić atrakcyjne warunki do zakotwiczenia w Warszawie? Sądzę, że to właśnie nowe rozwiązania podatkowe sprzyjające akcjonariuszom mogłyby uatrakcyjnić giełdę. Szczerze powiedziawszy, warszawska giełda znajduje się pod ścianą. Więcej firm się z niej wycofuje, niż wstępuje. Jest to trend przeciwny do trendu światowego znaczących giełd. We współczesnym rozpędzonym świecie obowiązuje brutalna rosyjska zasada: „czto nie rastiot, gnijot”. My powinniśmy zrobić nie tyle krok do przodu, co wykonać długi i szybki marsz z przytupem, by dogonić innych.
Dla decydentów politycznych, którym ktoś może zarzucić, że znosząc podatek od dochodów z giełdy nabijają kieszeń spekulantom proponuję wykorzystanie prostego argumentu: podatek ten ustanowił Marek Belka pod hasłem łatania dziury budżetowej, a dziś przecież dziurę budżetową zasypywaliśmy i śladu po niej nie ma.
Perspektywy polskiego rolnictwa – szanse i zagrożenia
23 października 2017 / Leave a comment
Przewidywanie przyszłości na 20-30 lat naprzód, próba jej opisania to dziś zadanie ryzykowne, a jednocześnie intrygujące i wciągające. Każdy dzień przynosi zmiany w technice i technologii, wynalazki i odkrycia, a wiele z nich oznacza przełom w pracy, działaniu, bytowaniu człowieka na Ziemi.
Przewidywanie i próba opisu przyszłości rolnictwa jest – może to kogoś zdziwi – łatwiejsza. Czemu? Ponieważ rolnictwo „podąża” pod względem techniki i technologii za przemysłem, ponieważ rolnictwo nie posiadając własnego mechanizmu rozwoju przyjmuje rozwiązania, które już funkcjonują w przemyśle bądź usługach, a dodatkowo przyjmuje je z opóźnieniem. Możemy zatem z dużą dozą prawdopodobieństwa, graniczącą z pewnością powiedzieć, że to co już dziś przemysł bądź nowoczesne usługi stosują na szeroką skalę, jutro bądź za kilka lat zostanie zaadaptowane do rolnictwa. Co więcej, ponieważ przemiany społeczne następują wolniej, tym łatwiej wyobrazić sobie, jak będą wyglądać w przeciągu jednego pokolenia.
Podyskutujmy zatem o perspektywach rolnictwa na najbliższe dwadzieścia-trzydzieści lat zdając sobie sprawę, że wkraczamy na pole, gdzie zastarzałe schematy, nawyki, uprzedzenia i przesądy odgrywają często ważną rolę, szczególnie w ustach tych dyskutantów, którzy reprezentują władzę polityczną bądź medialną niewspółmiernie wielką w stosunku do wiedzy i przygotowania do debaty.
Część I – Uwarunkowania popytowe rolnictwa
Uwarunkowania demograficzne
Nieco danych: do 2050 roku na naszej planecie przybędzie około 2,5 miliarda ludzi. Przyrost ten skoncentruje się głównie w Afryce, Azji, Ameryce Południowej. W Stanach Zjednoczonych przybędzie około 90 milionów ludzi i kraj ten osiągnie liczebność 400 milionów obywateli. W Europie przyrost demograficzny zostanie praktycznie zahamowany na poziomie ponad 500 milionów. W szeregu państw, jak Rosja, Ukraina, Litwa, Łotwa, Estonia, Niemcy i Polska ubędzie ludności. W Europie postkomunistycznej spadek ten będzie największy, łącznie wyniesie około 50 milionów: w Rosji o około 20 milionów, na Ukrainie o około 15 milionów, w Polsce o około 6 milionów. Szczególnym państwem są tu Niemcy, gdzie nastąpi spadek liczby ludności o 10-12 milionów i o tyle też ubędzie pracujących.
Tak znaczny spadek liczby ludności nie ma precedensu w historii Europy. Demografowie porównują go do epidemii dżumy, która wyludniła Europę w połowie XIV wieku.
Zjawiskiem towarzyszącym spadkowi liczby ludności będzie starzenie się społeczeństw. Rosnąć będzie udział w populacji ludności w wieku poprodukcyjnym, by osiągnąć poziom około 28-30% społeczeństwa. Jednocześnie spadnie udział ludności w wieku produkcyjnym z obecnych około 70% do 50%.
Trzecim elementem demograficznym, który powinien nas interesować będzie wydłużanie się życia przeciętnego Europejczyka.
Zadajmy pytanie, jakie będą konsekwencje procesów demograficznych dla popytu na żywność. Powiedzmy od razu – bardzo istotne i w sposób znaczący wpłyną na rynek towarów konsumpcyjnych.
Nastąpi spadek popytu na podstawowe produkty żywnościowe, takie jak zboża, kasze, ziemniaki. Dobrym przykładem jest tu Polska, gdzie między rokiem 1989 a 2015 produkcja ziemniaków spadła o ponad 80%, kapusty o około 50%. Spadnie popyt na żywność nieprzetworzoną, tłuszcze zwierzęce, cukier.
Można oczekiwać stabilizacji popytu na mięso i ryby oraz wzrostu popytu na owoce i warzywa. Osobną kwestią będzie tzw. żywność ekologiczna, której udział w rynku produktów rolnych z pewnością wzrośnie.
Uwarunkowania dochodowe i cenowe
Na rynku dojdzie do zderzenia dwóch trendów. Pierwszy z nich to szybki wzrost dochodów ludzi pracujących. Ten czynnik powinien zwiększać popyt na żywność. Drugi – to powolny wzrost dochodów emerytów, które z zasady są niższe o kilkadziesiąt procent od dochodów z pracy. To z kolei zmniejsza popyt na żywność. Ponieważ udział ludności w wieku poprodukcyjnym wzrośnie i to w sposób znaczący, to per saldo nastąpi spadek globalnego popytu na żywność.
Dla części ekonomistów ciekawostką będzie fakt, że prawo Engla o malejącym udziale wydatków na żywność wraz ze wzrostem dochodów w odniesieniu do emerytów może tym razem się nie sprawdzić.
Ceny będą z pewnością rosły wolniej niż dochody, a w przypadku tych produktów rolnych, na które popyt będzie malał, zaczną się stabilizować. Można też liczyć się z realnym spadkiem cen części produktów rolnych nieprzetworzonych.
Dla wąskiej grupy producentów produktów ekologicznych zalecanych przez dietetyków nastąpi odczuwalny wzrost cen. Do grupy tej należy zaliczyć przede wszystkim ekologicznie wytwarzane warzywa i owoce, chude mięso i ryby oraz owoce morza. Oczywiście, w sytuacjach wyjątkowych, urodzaju bądź nieurodzaju, ze wzmożoną siłą działać będzie czynnik wysokiej elastyczności cenowej podaży (nieznaczny spadek podaży powoduje wysoki wzrost ceny i przeciwnie – nieznaczny wzrost podaży powoduje wysoki spadek ceny).
Uwarunkowania popytu – wzorce konsumpcji
Współczesna dietetyka, a sądzić należy, że jej główne trendy zostaną zachowane, nakazuje ograniczanie konsumpcji tłuszczów, cukru, pieczywa, ziemniaków i szeregu innych produktów rolnych, które wywołują otyłość. Troska o zdrowie nakazuje też ograniczenie spożycia alkoholu, tytoniu oraz pokarmów wysokokalorycznych. Z jeszcze większą intensywnością dotyczy to ludzi starszych i tych o „siedzącym” trybie życia. Jest oczywistym, że efekt powyższego wzorca konsumpcji to malejący popyt na żywność, szczególnie tę, gdzie liczba węglowodanów jest wysoka.
Należy liczyć się z tym, że rosnąć będzie udział żywności przetworzonej, specjalnie opakowanej, ekologicznej, czyli dziś nazywanej „zdrową”. Sam doświadczam podobnego przykładu, gdyż mój syn – trzydziestolatek- od roku odżywia się według diety ściśle rozpisanej na każdy dzień przez dyplomowanego dietetyka. Schudł 10 kilogramów. To nie przypadek, że firmy z sektora informatycznego (i nie tylko), które od kilku lat triumfują na giełdach, szybko zwiększają swoje obroty i dochody, tworzą „przyfirmowe” stołówki i kantyny promujące żywność wegetariańską.
W sumie moda (szczupła sylwetka) i zalecenia lekarzy spowodują, że popyt na żywność będzie malał poza produktami zalecanymi przez profesjonalnych dietetyków.
Strona popytowa – odległość od rynku
Najkrócej mówiąc – postęp techniczny zbliża. Co mam na myśli? Maleją koszty transportu, dokonany został ogromny postęp w efektywności przechowywania świeżej, nieprzetworzonej żywności. Wyhodowane zostały nowe odmiany owoców i warzyw, które można uprawiać z powodzeniem w klimacie chłodnym, a nawet zimnym. Rośnie liczba roślin uprawianych w warunkach sztucznych – pod szkłem. Podobnych przykładów postępu naukowego w rolnictwie, a właściwie w produkcji rolnej, można podać bez liku.
Wszystko to powoduje, że dawniej nieosiągalne na naszych stołach owoce południowe na co dzień i to po konkurencyjnej cenie, wtargnęły do Europy. Dziś banany sprzedawane są w cenie ziemniaków, a cytrusy wszystkim spowszedniały. Wypływa stąd jeden wniosek – dostępność i konkurencyjność cenowa owoców i warzyw południowych spowoduje trwały spadek popytu na szereg produktów żywnościowych tradycyjnie wytwarzanych w naszym klimacie.
Strona popytowa – charakterystyka rynku
Rynek hurtowy i detaliczny w odniesieniu do żywności w Europie, a szczególnie w Polsce, charakteryzuje postępująca monopolizacja (czego przejawem są wielkie sieci handlowe). Zjawiskiem negatywnym jest upadek handlu targowiskowego, gdzie producent miał bezpośredni dostęp do konsumenta. Lobby monopolistów w sposób skuteczny „dotarło” i „przekonało” władze samorządowe dużych miast o konieczności likwidacji handlu targowiskowego. Fakt ten powoduje zawyżanie cen żywności oraz „stymulowanie popytu” na artykuły często pochodzące z importu, a nie od polskich producentów. Co gorsza, ceny i warunki dostaw narzucone polskim producentom są tak niskie, że po krótkim czasie muszą oni zrezygnować i zostają wyparci z rynku. Na marginesie – od kilku miesięcy w tzw. sieciówkach szukam polskiego sera koziego. Jest już tylko francuski.
Szybko i często niezauważenie rośnie lista substytutów prawdziwej żywności, czego przykładem są sprzedawane na niemal każdej stacji benzynowej parówki, głównie… z soi. Mało kto o tym wie. Są sprzedawane przy zakupie paliwa, z musztardą, keczupem, sosem czosnkowym i Bóg wie, czym jeszcze naraz. A wszystko wytworzone w laboratoriach chemicznych. I tak oto przybywa konkurentów tradycyjnej żywności.
Rytm pracy, rytm życia, pośpiech, jedzenie w drodze, odżywianie się poza domem powodują, że maleć będzie popyt na żywność nieprzetworzoną, nieopakowaną i niezakonserwowaną. Dlatego świeże jabłko ze straganu przegrywa konkurencję z parówką z soi na stacji paliw. Jabłko należy umyć, a parówka jest od razu podana na ciepło. Jabłko choć zdrowe, to żaden cymes, a parówka choć niezdrowa, to szpan.
Najważniejszym elementem, na który jednak należy zwrócić uwagę, jest negatywna rola monopoli w skupie i handlu w odniesieniu do poziomu cen żywności oraz promowania produktów z importu.
Strona popytowa – uwarunkowania polityczne i międzynarodowe
Polski eksport żywności zarówno na Wschód jak i na Zachód, szybko rośnie. Mimo ograniczeń wynikających z politycznego doktrynerstwa rośnie eksport do Rosji. Są to głównie owoce i warzywa, mleko i jego przetwory, mięso. Należy ubolewać, że zarabiają na tym przede wszystkim pośrednicy z Białorusi, Izraela, Europy Zachodniej. O eksport ten należy dbać, sprzyjać mu i doprowadzić do takiej normalizacji stosunków, by stał się jawny i legalny. Ważną, pozytywną jego cechą jest to, że rynek rosyjski na wiele jeszcze lat będzie chłonny i pod tym względem perspektywiczny.
Polski eksport na Zachód to w dużym stopniu pochodna wielkiej fali emigracji zarobkowej Polaków do Wielkiej Brytanii, Irlandii, Holandii i Niemiec. Eksport ten szybko rośnie i dominuje w całkowitym eksporcie produktów rolnych przekraczającym kwotę 25 miliardów euro. To cieszy. Ale trzeba pamiętać, że jest on prowadzony przez pośredników zachodnich, którzy w sposób bezwzględny negocjują o każdego centa.
Nie można pominąć faktu, że państwa takie jak Ukraina czy Czechy administracyjnie za pomocą ceł bądź poprzez negatywne kampanie medialne starają się ograniczyć bądź zdyskredytować, jako niskiej jakości, polskie produkty żywnościowe. Niestety, nasze władze polityczne na ten stan rzeczy nie reagują.
W sumie – popyt na polską żywność będzie rósł, a w najgorszym wypadku będzie się stabilizował. Ale wymagania jakościowe i cenowe w eksporcie będą coraz wyższe, co w znaczący sposób ograniczy jego opłacalność.
O ciągle przepowiadanym eksporcie polskich owoców, głównie jabłek, do Chin, do Indii… zamilczę, nie lubię bić piany i nie wierzę w gruszki na wierzbie.
Część II – Podaż produktów rolnych
Uwarunkowania technologiczne
Literatura przedmiotu dzieli rolnictwo na trzy typy: przemysłowe, ekologiczne, zrównoważone. Rolnictwo nazywane przemysłowym oparte jest w najwyższym stopniu na rozwiązaniach i wiedzy naukowej, a w szczególności na osiągnięciach nauk chemicznych, biologicznych i technicznych. Rolnictwo ekologiczne dziś nie oznacza przeciwieństwa rolnictwa przemysłowego, gdyż na tyle, na ile może wykorzystuje postęp techniczny do pielęgnacji, zbioru i przechowywania produktów rolnych. Koncentruje się jednocześnie na ograniczaniu stosowania środków chemicznych oraz eliminowaniu materiału modyfikowanego genetycznie. Rolnictwo zrównoważone jest najtrudniejsze do opisania, gdyż sytuuje się gdzieś pomiędzy przemysłowym a ekologicznym.
Pewne fakty są jednak wspólne dla wszystkich trzech typów rolnictwa. Po pierwsze jest to coraz mniejsza zależność od ziemi, a w coraz większym stopniu od nakładów pracy i kapitału. Potęga i siła technologii przemysłowej zasadza się na niemal całkowitym oderwaniu produkcji rolnej od ziemi i osadzeniu jej w środowisku wykreowanym przez człowieka. Przykładem niech będą uprawy szklarniowe, tuczarnie przemysłowe drobiu i trzody. Przewaga technologii przemysłowej polega na tym, że jest ona w stanie najszybciej ograniczać koszty jednostkowe, w konsekwencji powiększać skalę produkcji osiąganą w przedsiębiorstwie. Jej wadą zaś bywa częste niedoszacowanie kosztów zewnętrznych związanych z ochroną środowiska.
Pojedynek gospodarstw przemysłowych i ekologicznych będzie trwał, ale nie ulega wątpliwości, że produkcja ekologiczna jako znacznie droższa, ograniczona czynnikami przyrodniczymi, adresowana będzie z definicji do klienteli zamożnej, a nie na rynek masowego klienta.
Technologia zrównoważona, która teoretycznie powinna godzić „wodę i ogień” uważana jest za najbardziej odpowiednią dla polskiego, rozdrobnionego rolnictwa. Prawda jednak jest brutalna. Ten typ gospodarowania jest i będzie wypierany z rynku, gdyż ani kosztami produkcji, ani rzadkością i jakością produktu nie jest w stanie konkurować z technologią przemysłową i ekologiczną.
Strona podażowa – dostęp do kapitału, koszty
Unia Europejska prowadzi własną politykę wspierania i ochrony rolnictwa. Jest ona oparta na systemie dopłat oraz barier celnych. Dofinansowanie w Unii Europejskiej jest bezpośrednie (dopłata do hektara, dopłata do jednostki produktu). Dla porównania – dofinansowanie w Stanach Zjednoczonych odbywa się głównie poprzez system bankowo-kredytowy. Skala dopłat i ich rozmiary dla polskiego rolnictwa są w stosunku do sytuacji wyjściowej, sprzed roku 2004 ogromne. Szacunkowo można przyjąć, że wynoszą ponad 15 miliardów złotych rocznie. Ten deszcz pieniędzy, wprawdzie mniejszy w porównaniu z dopłatami do hektara w wielu krajach „starej” Unii, pozwolił jednak dokonać ogromnego postępu w poziomie życia na wsi oraz technologii produkcji rolnej. Nastąpiło znaczne rozwarstwienie w rolnictwie. Przyspieszeniu uległ proces nazywany w literaturze „wypłukiwaniem średniaka”. Polega on na zwiększaniu udziału w posiadanym areale ziemi gospodarstw dużych i zwiększaniu ilości gospodarstw małych, przy jednoczesnym spadku ilości gospodarstw średnich.
W nadchodzących latach należy liczyć się ze spadkiem dopłat do rolnictwa z budżetu Unii Europejskiej. Co gorsza, Unia będzie „rozluźniać” politykę rolną chcąc tą drogą rozwiązać problem nadwyżek w produkcji rolnej, których nie sposób wchłonąć wobec malejącego popytu wewnętrznego w samej Unii (przykładem likwidacja kwot mlecznych, zmiana polityki wobec plantatorów buraka cukrowego).
Na koszty w rolnictwie składają się przede wszystkim koszty wytworzenia, zbioru, przechowania. Specyfiką zaś rolnictwa jest to, że bez mała wszystkie koszty mają cechy kosztów stałych. Rolnik zatem mimo spadku cen na jego produkty, nie jest w stanie ograniczyć nakładów, ponieważ wiązałoby się to z niewspółmiernie wysokim spadkiem rozmiarów produkcji, a często niemożnością jej odtworzenia z powodu braku środków finansowych. Jednocześnie w rolnictwie działa prawo malejących przychodów, czyli spadku efektywności nakładu konkretnego czynnika produkcji w miarę jego zwiększania. Problem polega na tym, że prawo to w rolnictwie opartym na ziemi ujawnia się i działa w długim okresie czasu. Przykładem – porcje nawozów dawkowanych co roku początkowo dają przyrost plonów, ale w kolejnych latach wykazują malejącą efektywność, mniejszy przyrost tego samego plonu, a nawet jego spadek. Rolnikowi ciężko jest ograniczyć wzrost kosztów produkcji, a jednocześnie za dodatkowy nakład otrzymać godziwą zapłatę.
Intensyfikacja produkcji rolnej w większości działów rolnictwa opartego na ziemi wymaga wzrostu nakładu pracy żywej. Rośnie popyt na robotnika rolnego. W zaprzyjaźnionym ze mną środowisku sadowników grójeckich mówi się otwarcie, że na jeden hektar sadu potrzebują obecnie 1,2 „Ukraińca”. Każdy sadownik jednocześnie wie, że jego dochód zależy od rozmiarów płacy robotnika rolnego. Bywają bowiem lata „klęski urodzaju”, gdy owoce na skupie są odbierane po cenie niewiele przekraczającej koszt zbioru.
Spadek kosztów transportu oraz postęp w technologii przechowywania produktów rolnych spowodował, że podaż tych produktów z rynków i kierunków kiedyś zwanych egzotycznymi stała się konkurencyjna dla polskich rolników.
Strona podażowa – charakterystyka rynku
Polskie rozdrobnione i słabo zorganizowane rolnictwo zarówno po stronie dostawców środków produkcji, jak i po stronie odbiorców produktów rolnych ma do czynienia z monopolami i polityką monopolową.
Dostawcy środków produkcji doskonale wiedzą, jaka jest skala dopłat do konkretnego gospodarstwa i w tym kontekście konstruują ceny sprzedawanych przez siebie czynników produkcji (nasion, pasz, środków chemicznych, narzędzi). Potrafią nawet zaniżać jakość sprzedawanych przez siebie preparatów, by tylko zarobić jak najwięcej na rolniku. On zaś nie ma innej możliwości zdobycia niezbędnego w danym momencie środka chemicznego i może tylko się dziwić, że jego skuteczność jest niższa od oczekiwanej.
Po stronie odbioru sytuacja nie jest lepsza. Co więcej, firmy skupowe są często pochodzenia zagranicznego i są powiązane kapitałowo i organizacyjnie z handlem hurtowym i detalicznym wielkopowierzchniowym.
Wszystko to oddala rolnika od konsumenta, ogranicza tą drogą podaż rodzimych produktów rolnych.
Osobnego omówienia wymaga coraz większa konkurencja zewnętrzna w stosunku do polskich eksporterów żywności. W Rosji i na Ukrainie powstają dzięki ogromnym nakładom kapitału, w oparciu o najnowocześniejsze technologie przedsiębiorstwa rolne budowane przez Holendrów i Niemców, gdzie „pod szkłem”, bądź w cyklu zamkniętym uprawiane są warzywa i owoce oraz hodowane zwierzęta. Skala przedsiębiorstw szokuje swym ogromem, gdyż powierzchnia tych latyfundiów przekracza 100 tysięcy hektarów. Sygnałem i przestrogą są dane, które tu przytoczę. Otóż Rosja w ciągu 10 lat podwoiła produkcję wieprzowiny, w ciągu 5 lat zmniejszyła jej import o 70%, a ponad połowa produkcji przypada na 20 największych firm. Ogromny postęp w tuczu trzody dokonuje się w Chinach. Przenoszą one na tereny niezaludnione farmy tuczu, co pozwala im uniknąć problemów z ochroną środowiska w pobliżu dużych skupisk ludności. Wszystkie te przykłady oraz fakt, że Ukraina zakazała importu polskiej żywności dowodzą, że w niedługim czasie wyrosną potężni konkurenci na rynkach zagranicznych, którzy mogą zagrozić polskim eksporterom, jak też producentom na rynek krajowy. Ich przewaga w skali produkcji, a przede wszystkim w niskich kosztach będzie przytłaczająca.
Ponieważ rolnictwo tak polskie, jak i światowe to dział, gdzie z powodu wielkiej liczby producentów obowiązuje konkurencja, toteż reakcją na pogarszające się warunki na rynku jest reguła wzrostu podaży. Indywidualny producent broniąc się przed wzrostem kosztów własnej produkcji, spadkiem cen na jego produkty, a w konsekwencji obniżeniem dochodów, zawsze będzie reagował w ten sam sposób – zwiększając produkcję i podaż. Ponieważ jednocześnie technologia, a szczególnie postęp w naukach biologicznych i chemicznych, podnosi wydajność, to mamy sytuację, gdzie globalna podaż żywności na świecie rośnie i to szybciej niż przyrost naturalny, co oznacza generalnie trwałą nadprodukcję żywności w skali globalnej. Niech nie wzbudza to protestów tych spośród czytelników, którzy w tym miejscu przywołają przykłady niedożywienia, głodu na świecie. Są one bowiem wywołane bądź to czynnikami politycznymi, bądź też takim stanem stosunków społeczno- ekonomicznych, w którym określona grupa ludności nie mając pracy, nie dysponuje żadnymi środkami na zakup żywności. Światu nie grozi klęska głodu z powodu braku potencjału do wytwarzania żywności. Światu mogą zagrażać lokalne klęski głodu z powodu wadliwych mechanizmów ekonomicznych, bądź politycznych.
Część III – Kontekst Polski
Zacznijmy od faktów i danych. W okresie od 1989 do 2012 roku ubyło około 700 tysięcy gospodarstw. Ich liczba dzisiaj to 1 400 tysięcy. 75% spośród nich nie przekracza 10 hektarów, 200 tysięcy gospodarstw ma obszar ponad 15 hektarów. Szacuje się, że ponad 700 tysięcy gospodarstw nie ma tzw. zdolności odtworzeniowej. Zjawiskiem, które zaskakuje i nie ma precedensu w historii rozwoju społeczno-gospodarczego innych krajów jest fakt, że liczba ludności na wsi miast maleć, rośnie. Saldo migracji ze wsi do miast w latach 2006-2016 jest ujemne i przekracza 25 tysięcy osób. Oznacza to, że ciągle niemal 40% ludności mieszka na wsi. Nawet jeśli większość spośród nich pracuje w mieście, dojeżdża do miast, to i tak możemy mówić o braku wyraźnego trendu migracji ze wsi do miast i braku wzrostu wydajności pracy w rolnictwie. W okresie od 1989 do 2015 roku wzrost produkcji rolnej, i to znaczący, dokonał się tylko w owocach (240%), drobiu (211%), rzepaku (170%). Ustabilizowała się produkcja zbóż (105%). Zmniejszyła się, i to często radykalnie, produkcja buraków cukrowych (65%), bydła (56%), świń (62%), ziemniaków (18%), owiec i kóz (5%).
Mamy zatem do czynienia z sytuacją, gdy polska globalna produkcja rolna spada, zatrudnienie w rolnictwie stabilizuje się, dochody znacząco rosną, a jednocześnie spada wydajność pracy. Należałoby powiedzieć, że w polskim rolnictwie doszło do podwójnego rozdzielenia, raz na gospodarstwa wielkoobszarowe, nowoczesne, towarowe, których liczba nie przekracza kilku procent i z drugiej strony na gospodarstwa małe, niskotowarowe, których trwałość wynika głównie z dopłat unijnych. Drugie rozdzielenie polega na powstaniu gospodarstw głównie sadowniczo-warzywniczych i drobiarskich, gdzie rozmiary produkcji znacząco wzrosły, powiększyła się wydajność pracy i dochody, a są one w dużym stopniu nastawione na eksport swych produktów oraz pozostałe gospodarstwa, bardzo liczne, gdzie rozmiary produkcji nie wzrosły, a często nawet spadły i to one właśnie egzystują dzięki dopłatom unijnym.
Problemem, przed którymi stoją polscy rolnicy jest przede wszystkim poszukiwanie chłonnych rynków zbytu. Rynek wewnętrzny – pisaliśmy o tym powyżej – jest nasycony i wzrost dochodów w bardzo ograniczonym stopniu przekładać się będzie na wzrost popytu na żywność. Należy zatem szukać rynków zagranicznych. Inną kwestią są rosnące koszty produkcji wynikające z niemożności szybkiego przeniesienia części ludności zatrudnionej na wsi do zajęć pozarolniczych, a jednocześnie rosnące już, rozbudzone i podsycane aspiracje konsumpcyjne tej ludności. Koszty produkcji będą rosły, gdyż drożeć będzie robotnik ukraiński, zaś rodzimy robotnik rolny coraz częściej pogardza pracą na roli, gdyż polityka socjalna państwa prowadzona od kilku lat premiuje go za przyjęcie postawy „mnie się należy”. Problemem gospodarstw wysokotowarowych pozostanie drogi kredyt, ale przede wszystkim trudność w powiększaniu gospodarstw wynikająca ze wzrostu ceny ziemi i ograniczeń administracyjnych. Cena ziemi rośnie od wielu lat w efekcie unijnego systemu dopłat do hektara i z jednej strony hamuje wzrost gospodarstw, a z drugiej zachęca do pozostania na wsi.
Ponieważ rolnictwo samo nie tworzy dla siebie rynku zbytu, tym ważniejsze jest, by przybywało ludności pracującej nie na roli i swymi dochodami zgłaszającej popyt na żywność. Rolnictwo, by stało się rentowne z punktu widzenia otoczenia gospodarczego, musi być maksymalnie wydajne. Wtedy będzie miało niskie koszty produkcji, wytwarzało tanią żywność, a dzięki temu tańszy też, choć realnie konsumujący nie mniej, a może więcej, będzie pracownik w mieście. Taki stan rzeczy można osiągnąć tylko pod jednym warunkiem: szybkiego i radykalnego spadku zatrudnienia w rolnictwie. Brak tej tendencji oznacza, że zarówno rolnictwo jest niskodochodowe, jak i produkty przez nie wytwarzane są drogie, a w konsekwencji drogi jest też pracownik w mieście. Cała zaś gospodarka traci na efektywności. Podobnie rzecz się ma z rolnictwem ekologicznym, choć tu progi kosztowe i cenowe są znacznie wyższe.
Dlatego też mówiąc o przyszłości polskiego rolnictwa z troską trzeba podkreślić konieczność wypracowania takiej strategii, która umożliwi otoczeniu rolnictwa – przemysłowi i działowi usług stworzenie wielu nowych miejsc pracy i pozyskanie do nich mieszkańców wsi. Po drugie – należy wskazać takie specjalizacje w produkcji rolnej, by móc konkurować na rynkach międzynarodowych. Trzeba też szukać nisz ekologicznych, jakościowych i pracować nad nowymi odmianami.
Państwo ze swej strony powinno skoncentrować się na programie rozwoju infrastruktury ułatwiającej podejmowanie pracy w miastach, na premiowaniu i wspomaganiu w tworzeniu związków, klastrów, stowarzyszeń i zespołów producenckich. Rolnicy powinni zrozumieć, że nie czas dziś na indywidualizm i egoizm, gdyż wtedy klęskę poniosą wszyscy. Tylko zbiorowym wysiłkiem będą w stanie wywalczyć dla siebie lepsze warunki w dostępie do środków produkcji i lepsze warunki w dostępie do konsumenta i rynku detalicznego.
Obowiązkiem państwa jest też zapobieganie nieuczciwej konkurencji ze strony zagranicznych sieci handlowych czy importowi dotowanej żywności, często o bardzo podejrzanym składzie chemicznym.
W polskiej konstytucji stoi, że rolnictwo polskie powinno być oparte na gospodarstwie rodzinnym. Zgoda co do powyższej tezy, ale powinno być to gospodarstwo wielkoobszarowe, nowoczesne, wysokotowarowe i wysokodochodowe. Takie zaś może być tylko wtedy, gdy zatrudnienie w rolnictwie spadnie radykalnie. Mieszkać na wsi należy i trzeba, ale pracować większość mieszkańców wsi powinna w zawodach pozarolniczych. Tylko wtedy konstytucyjny zapis nie będzie oznaczał promowania i robienia ze wsi skansenu, miejsca biedy i zacofania. Przeciwnie. Będzie synonimem ekonomicznego i cywilizacyjnego awansu mieszkańców wsi.
Zacznijmy od… kosztów
11 listopada 2017 / Leave a comment
Klasyczna ekonomia dzieliła koszty w przedsiębiorstwie (mikroskali) na stałe i zmienne. Do stałych zaliczała wszystkie nakłady, które należało ponieść i ponosić mimo, że produkcja równała się zeru. Cóż to było? Przede wszystkim koszt inwestycji oraz koszty zabezpieczenia firmy, by była sprawna i gotowa do pracy. Wymieńmy zatem: koszt zużytej energii, koszt konserwacji i przeglądu, koszt dozorców, ale też koszt kadry kierowniczej – tej jej części, która „pilnowała” firmy.
Do kosztów zmiennych zaliczano łączne nakłady, które należało ponieść, by rozpocząć produkcję i wyprodukować pierwszy i następne wyroby. Rozumie się, że głównymi składnikami kosztów zmiennych były wynagrodzenia pracowników, wydatki na surowce, materiały, energię i inne składniki.

Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło