replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - News: Jerzy Żyżyński - Warto rozumieć ekonomię
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
Jerzy Żyżyński - Warto rozumieć ekonomię
Jerzy Żyżyński - Warto rozumieć ekonomięWywiad z byłym prezesem i właścicielem znanej firmy, który ukazał się niedawno w Dzienniku Gazecie Prawnej, jest znakomitym przykładem, jak bardzo potrzebna jest dobra edukacja ekonomiczna. Dowodzi, że warto rozumieć pojęcia i mechanizmy ekonomiczne – a niestety nie jest z tym najlepiej.
Oto wybitny skądinąd menedżer stwierdził, że gdy przygotowywano umowę sprzedaży jego firmy, to prawnicy banku uznali, że nie musi on płacić podatku dochodowego. Redaktor pyta: - Jakim cudem? Menedżer uważa, że wynika to z tego, iż stworzono przepisy specjalnie po to, by najbogatsi ludzie w Polsce nie płacili podatków. Chodzi o podatek dochodowy: - Sprzedaję imperium i mam od tego nie płacić podatku? Uparłem się, zażądałem od prawników, by tak zmienili umowę, aby podatek występował, i zapłaciłem 40% od wszystkich zarobionych pieniędzy.
Niewątpliwie postąpił bardzo szlachetnie, bo uznał, że woli zapłacić państwu niż draniom, którzy chcieli wymusić zapłacenie łapówki, która de facto była haraczem za prawo jego firmy do istnienia. Ale uzasadniał chęć zapłacenia podatku tym, że byłoby niesprawiedliwe, że on miałby podatku nie płacić, podczas gdy panią ze sklepu ściga się za kilka groszy VAT, a sprzedawczynię z kiosku za to, że dodatkowo zrobiła komuś ksero.
Rzecz w tym, że mamy tu przykład niezrozumienia różnicy między dwiema kategoriami ekonomicznymi: dochodem a przychodem. Podatek dochodowy jest płacony od dochodu, jest to narzędzie – jak to się mówi w ekonomii - redystrybucji dochodów na rzecz sfery publicznej, czyli dobra powszechnego, wspólnego - co Rzymianie określali jako „pro publico bono”. Oddajemy część swych dochodów po to, by państwo mogło utworzyć inne dochody – płacąc pracownikom sfery publicznej, kontrahentom wykonującym zlecenia państwa lub sprzedającym mu swe dobra i usługi, albo przekazując zasiłki takie jak 500+. Dochody zostają w ten sposób rozdysponowane, zapewniając funkcjonowanie państwu i powiązanym z nim podmiotom.
Dochody to pieniądze, które otrzymujemy za pracę, odsetki od kapitału, czyli to, co za depozyty płaci nam bank, odsetki od obligacji skarbowych, które kupiliśmy, gdy nie zadowalają nas procenty od depozytów, czynsze jakie płacą lokatorzy, dywidendy oraz oczywiście wypłaty z zysków, jakie bezpośrednio otrzymuje przedsiębiorca prowadzący firmę. Natomiast sprzedaż własności, a więc czegoś, co stanowi nasze własne aktywa, nie jest dochodem - nazywamy to przychodem, czy jak niektórzy chcą określać bardziej precyzyjnie, specjalną kategorią przychodów, która nie jest dochodem.
Znakomity menedżer sprzedając firmę nie uzyskał dochodu, on tylko po prostu zmienił formę posiadania swego majątku z rzeczowej na pieniężną. I przecież nic na tym nie zarobił, może nawet stracił, jeśli sprzedał poniżej wartości – wszak wartość sprzedawanego rzeczowego majątku jest zwykle trudna do obiektywnego określenia, a często sprzedaje się poniżej wartości. No to jaki byłby sens, by sprzedawca swego majątku miał płacić podatek dochodowy?
Tak więc sprzedaż walorów majątkowych jest po prostu operacją majątkową nie dającą dochodu, ale – i to trzeba zastrzec - o ile ta transakcja handlowa nie jest działalnością gospodarczą. Bo oczywiście czym innym jest sprzedaż domu, działki, mieszkania czy samochodu, jeśli ktoś je kupuje i sprzedaje, by na tym zarabiać. Wtedy jego dochodem jest oczywiście różnica między ceną sprzedaży a ceną zakupu, zaś zyskiem to, co pozostanie po odjęciu kosztów transakcyjnych – i to jest zysk, a nie dochód, podlega opodatkowaniu podatkiem od zysków. Natomiast środków uzyskanych ze sprzedaży firmy nie możemy uważać za dochód – i tak samo jest wtedy, gdy sprzedajemy własny samochód czy działkę – wszystkie tego typu działania powodują, że część naszego majątku po prostu zmienia formę z rzeczowej na pieniężną – w wyniku tej transakcji ktoś inny przekazał nam część swego dochodu i przejął nasz majątek rzeczowy.
I znakomity menedżer dalej chwali się, że „wpłacił 2,6 proc. rocznych przychodów budżetu państwa z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych”. I tu znowu nieporozumienie, błąd pojęciowy. To, co państwo otrzymuje z tytułu wpływów podatkowych to nie są jego przychody lecz dochody. Warto by wiedzieć, że zgodnie z Ustawą u finansach publicznych w ramach tzw. środków publicznych rozróżnia się jako odrębne kategorie dochody publiczne (czyli tzw. daniny) i przychody budżetowe jako środki pozyskiwane w wyniku zadłużania się i prywatyzacji. Instrumentem zadłużania są obligacje skarbowe, które przecież trzeba po określonym czasie wykupić – operacje wykupu to z kolei nie wydatki lecz rozchody. Z kolei środki pozyskiwane w wyniku prywatyzacji majątku państwowego to też nie dochód lecz zamiana majątku rzeczowego państwa na formę pieniężną – tak jak w przypadku tego biznesmena państwo posiadany majątek rzeczowy zamienia na majątek pieniężny, by tak pozyskane środki, jak i pieniądze ze sprzedaży obligacji (oczywiście minus rozchody na odkup tych, dla których nadszedł czas wykupu) wykorzystać do sfinansowania deficytu budżetowego. A to, że ta zamiana majątku na pieniądze zwykle nie jest ekwiwalentna to odrębny poważny problemem, z którego wynikają bardzo istotne wnioski, które tu pomijamy.
Słaba znajomość i niezrozumienie ekonomii mogą prowadzić do gigantycznych strat, za które płacą narody. Przykładem różne kryzysy, których można by uniknąć gdyby nie indolencja ekonomiczna polityków, którzy odmawiali interwencji tam, gdzie była ona potrzebna albo interweniowali błędnie. Na naszym gruncie przykładem takiej błędnej interwencji była nieprofesjonalnie zaplanowana i realizowana polska transformacja i prywatyzacja, w wyniku czego ponieśliśmy gigantyczne straty – transformacja oczywiście musiała być interwencją, celowym działaniem, ale po prostu zabrakło politykom profesjonalizmu. Olbrzymim obszarem niezrozumienia ekonomii jest sfera podatków, gdzie różni mądrale, tzw. „rewolucjoniści podatkowi” obnoszą się z przeróżnymi dyletanckimi pomysłami, niestety przyjmowanymi przez polityków za dobrą monetę, jeśli widzą w nich korzyści polityczne. Ale problem polega na tym, że korzyścią polityczną jest zawsze obniżanie podatków, bo to z oczywistych powodów bardzo chwytliwa, popularna, ale jakże populistyczna idea. A tymczasem w pewnych obszarach obniżanie podatków jest niepotrzebne i błędne, korzystniejsze może działanie odwrotne, bo wyższe podatki - dobrze skonstruowane, uzupełnione systemem bodźców - mogą być siłą napędową gospodarki … ale taki kierunek zmian jest całkowicie niepopularny politycznie.
Ale ostatnio znowu mamy bardzo ważny i mogący mieć bardzo brzemienne skutki pomysł, który świadczy o istotnych pojęciowych nieporozumieniach. Oto tworzy się system, który ma być „znakomitym pomysłem na oszczędzanie na jesień życia”, a uchwalona i niestety podpisana przez Prezydenta Ustawa pozwala stworzyć „powszechny, system oszczędzania - współtworzony przez pracowników, pracodawców i państwo”. Pracownicy będą wpłacali pieniądze, zasilone z budżetu dodatkowymi środkami a jakieś „Firmy będą pośrednikami między funduszami inwestycyjnymi, a płacącymi składki”.
Ale to, co się mówi wskazuje, że warto by wyjaśnić sobie, co to są oszczędności. Oszczędności to niewydane pieniądze: mamy jakieś dochody i tego, co nam zostało - po zapłaceniu podatków i innych obowiązkowych opłat – nie musimy w całości wydawać na zaspokojenie potrzeb, co określa się to jako wydatki konsumpcyjne, część możemy odłożyć, czyli zaoszczędzić, na przykład na emeryturę. Oszczędność to niewydane pieniądze. Kiedyś oszczędzanie często polegało na włożeniu stosiku monet do kuferka i zakopaniu w piwnicy albo zamknięciu w sejfie ukrytym za obrazem w jadalni. Natomiast dzisiaj robi się to tak, że niewydane pieniądze oddajemy do banku, który zakłada nam konto oszczędnościowe i w jego pasywach zostaje zapisane to jako jego zobowiązanie wobec nas.
Tak więc oszczędność to tylko niewydane pieniądze, które dla banku są zobowiązaniem, a przekazana bankowi gotówka stanowi jego aktywa - i jego rolą jest teraz zainwestowanie, czyli przekazanie tych środków do gospodarki w formie kredytów, by pracowały głównie zaspokajając różne potrzeby przedsiębiorców (kredyty obrotowe, inwestycyjne itd.). Banki udzielając kredytów realizują jedną z form inwestowania pieniędzy swych deponentów – aczkolwiek mogą to robić w innej formie dopuszczonej przez przepisy prawa. I jest cały system, który ma zminimalizować ryzyko, że te zaoszczędzone przez klientów banków środki stracą na wartości.
Natomiast inwestycja to nie jest odłożenie pieniędzy – to jest ich wydanie na cele inwestycyjne, czyli dla sfinansowania określonych konkretnych zadań, których efektem może być powiększenie majątku (budowa domu, fabryki itd.) lub zwiększenie jego wartości (to wydatki na remont, innowacje zwiększające wydajność itd.). Zatem inwestycja to nie oszczędność, to wydanie pieniędzy – ten wydatek nie jest wydatkiem konsumpcyjnym, który zaspokaja jakieś bieżące potrzeby, lecz zwiększa majątek rzeczowy i może być w przyszłości źródłem dochodu.
Narzędziem takiego inwestowania są zwykle kredyty inwestycyjne lub własne oszczędności - na przykład gdy za własne odłożone pieniądze budujemy dom. Ale za inwestycję uważa się też wydatek na zakup tzw. instrumentów inwestycyjnych. Instrumenty finansowe - to tylko specyficzne świadectwa tego, że ktoś dysponuje wydanymi na cele inwestycyjne pieniędzmi. I problem w tym, czy te pieniądze zostały dobrzy wydane, czy źle. Takimi instrumentami inwestycyjnymi mogą być akcje, obligacje, albo różne tzw. instrumenty pochodne. I warto by sobie uświadomić, że zakup takich walorów nie jest oszczędzaniem, jest wydawaniem pieniędzy, które nazywamy inwestowaniem, jak każdy wydatek, jest to zamiana pieniędzy na jakąś rzecz - i nabycie papierów wartościowych jest zawsze pewną iluzją, bo papier wartościowy nie jest pieniądzem, ma tylko wartość wyrażoną w pieniądzu, określoną w momencie zawierania transakcji – i ta wartość może być inna w momencie sprzedaży niż była w momencie zakupu.
Ten charakter inwestycji, polegający na tym, że możemy wydawać na rzeczy konkretne albo swego rodzaju iluzję, jaką są papiery wartościowe, sprawia, że pojawiają się bardzo poważne problemy, które nie są dobrze rozumiane. Po pierwsze, istotne jest, czy jest to zakup na tzw. rynku pierwotnym, a więc wtedy gdy ktoś emituje papiery wartościowe rynku kapitałowego – głównie akcje - po to, by pozyskać pieniądze na realizację swych celów; czy jest to zakup na rynku wtórnym – wtedy nie powiększa to żadnego majątku, jest tylko przeniesieniem naszych pieniędzy na osobę sprzedającą papiery wartościowe. Ten proces kupowania i sprzedawania akcji ma określone skutki – przede wszystkim kształtuje ich cenę. A z ceną papierów wartościowych jest jak z wszystkimi innymi cenami: przewaga chętnych do kupowania, czyli inwestujących w te papiery, nad sprzedającymi powoduje wzrost ceny, sytuacja odwrotna – spadek ceny. A jakie są problemy z papierami wartościowymi pokazał bolesny dla niektórych przypadek z obligacjami GetBacku, sprzedawanymi przez banki Leszka Cz. Tu ta iluzoryczność inwestycji okazała się szczególnie wyraźnie. Teoretycznie obligacje powinny być instrumentami bezpiecznymi, bo jest na nich napisane, że emitent w określonym terminie zwróci nominalną wartość napisaną na obligacji, a ponadto będzie wypłacał odsetki – zapłatę za pożyczkę. Jednakże gdy na rynkach działają ludzie niekompetentni albo nieuczciwi, to nie ma żadnej gwarancji, że tak będzie. Za teoretycznie bezpiecznymi instrumentami kryje się więc gigantyczne ryzyko – na świecie to ryzyko oceniają tzw. instytucje ratingowe, ale ich kompetencje też są mocno iluzoryczne. A szczególnie wysokie ryzyko niosą instrumenty pochodne, o czym z kolei przekonali się niefrasobliwi nabywcy tzw. opcji walutowych.
Tak więc drugi problem, to to, jaki charakter mają nabywane papiery wartościowe: czy służą realnym inwestycjom, nawet tylko ich zabezpieczeniu (jak to jest w przypadku niektórych instrumentów pochodnych, także opcji), czy tylko tworzeniu narządzia spekulacyjnego, którego jedynym celem jest wypompowywanie pieniądza z systemu finansowego - a tak jest w przypadku czysto spekulacyjnych papierów wartościowych, takich jak wirtualne waluty, niektóre instrumenty pochodne – można je nazwać fikcjami inwestycyjnymi.
Świetnymi inwestycjami wydają się być akcje przedsiębiorstw, tak przynajmniej mówi teoria. Trzeba jednak pamiętać, że giełda jest wtórnym rynkiem papierów wartościowych, emisje pierwotne, które są faktycznym budowaniem zaplecza kapitałowego dla wzrostu gospodarczego, nie pochłoną szerokiego napływu wymuszonych oszczędności, prawie wszystko wejdzie na giełdę.
Zatem cały szkopuł z tym tak pięknie brzmiącym „programem budowania oszczędności Polaków” polega na tym, że de facto nie tworzy się systemu budowania oszczędności na emeryturę, bo inwestycje to jednakowoż nie oszczędności. Buduje się system inwestowania w rynek kapitałowy – co zresztą otwarcie przyznał jeden z ministrów – i co mówią prospekty reklamowe. A za tymi inwestycjami kryje się nieuchronne ryzyko, którego, jak się może wydawać, nie rozumieją przynajmniej niektórzy członkowie rządu. Oto jeden z ministrów, były dziennikarz zresztą, z pełnym zachwytem stwierdza, że „to bezpieczny i opłacalny system dla jego uczestników. W ustawie jest zapis, że pieniądze można w każdej chwili wypłacić.” Dał się zwieść iluzji, że jak jest napisane, że nasze pieniądze zostały zainwestowane, to my je mamy. Nie, jest w błędzie, powtórzę to, co mówiłem wielokrotnie, gdy wołano, że były minister Rostowski „zabrał wam z OFE wasze pieniądze”. Nie, bo w OFE, jak w żadnej tego typu instytucji inwestycyjnej nie ma żadnych pieniędzy, bo pieniądze zostały zamienione na papiery wartościowe, których cena jest wyrażona w pieniądzu, ale pieniądzem one bynajmniej nie są.
Ale owszem, tak jak on twierdzi mogło by być, gdyby te pieniądze były zobowiązaniem banku, bo tylko bank musi deponentom oddać tyle, ile wynosi jego zobowiązanie; jest określony system, który daje tego gwarancje – co prawda tylko do pewnej niedużej kwoty, ale w przypadku długoterminowych oszczędności na emerytury, trzeba by te gwarancje rozszerzyć. Natomiast pieniądze inwestowane przez fundusze inwestycyjne nie są oszczędnościami, są inwestycjami, których wartość jest ulotna, bo zależy od stanu koniunktury na giełdzie i relacji między popytem i podażą; w określonym układzie tych relacji spadek wartości dokonanych inwestycji jest nieuchronny – a w efekcie dobra emerytura pozostanie tylko w sferze obietnic bez pokrycia.
Jeśli miałby to być system oszczędzania na emeryturę, to powinno się po prostu tworzyć rachunki oszczędnościowe w bankach – ich zmartwieniem i zmartwieniem wszystkich odpowiedzialnych za stabilność systemu finansowego byłoby zapewnienie względnej równowagi między oszczędnościami a inwestycjami – a to nie jest takie proste, gdy w gospodarce wymuszane są dodatkowe oszczędności. Natomiast wymuszane inwestycje rodzą niebezpieczeństwo, że skutkiem całego tego pięknie brzmiącego programu będzie tylko nadęcie baniek spekulacyjnych na papierach wartościowych. Tak więc ekonomię warto rozumieć.
Autor jest profesorem ekonomii na Wydziale Zarządzania UW, był posłem VII i VII kadencji do czasu wybrania go przez Sejm na członka Rady Polityki Pieniężnej.
Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło