replica watches for sale: fake hublot watches and replica cartier.
Klub Dyskusyjny Myśli Politycznej W Ursusie - News: Posłowie do drugiego wydania książki Ryszarda Ślązaka
O nas


Czym jest klub

-Regulamin

-Skład zarządu

-Założyciele Klubu

-Historia Klubu

-Kontakt
   
Działalność

-Cele Klubu

-Artykuły

-Archiwum - spotkania

-Archiwum inne rzeczy
Posłowie do drugiego wydania książki Ryszarda Ślązaka
Posłowie do drugiego wydania książki Ryszarda ŚlązakaJerzy Żyżyński

Posłowie do drugiego wydania książki Ryszarda Ślązaka „Czarna Księga Prywatyzacji 1988-1994, wydawnictwo Wektory, która ma się wkrótce ukazać.

Zmiana ustrojowa, przejście z gospodarki socjalistycznej, zarządzanej bezpośrednio przez państwo, do nowego systemu, w którym przedsiębiorstwa są własnością prywatną i dzięki temu gospodarka nabiera dynamiki, staje się bardziej efektywna i lepiej zaspokaja potrzeby społeczeństwa, w wyniku czego rośnie dobrobyt - wymagało olbrzymiego przedsięwzięcia na niespotykaną nigdy dotąd skalę. Uznano, że jednym z podstawowych elementów tej ustrojowej przemiany musi być zmiana własnościowa polegająca na przekazaniu przedsiębiorstw państwowych w ręce prywatne, czyli - prywatyzacja. Nie było jednak żadnych podstaw teoretycznych, żadnych doświadczeń - nigdzie na świecie. No ale co z tego? Przecież rzetelny profesjonalizm wszędzie, także w ekonomii oznacza posiadanie umiejętności rozwiązywania problemów nowatorskich, o jakich w żadnej książce nie napisano, zatem w sytuacji, gdy nie można sięgnąć do żadnej ściągi – trzeba się opierać na rozumie.

I tu niestety rozumu zabrakło - temu intelektualnemu wyzwaniu twórcy polskiej transformacji nie podołali. Co więcej, prywatyzacja okazała się szczególnie drastycznym i niebywale szkodliwym przykładem indolencji ekonomicznej polityków i wprowadzonych na odpowiedzialne stanowiska rządowe ekonomistów – z których niektórzy mieli nawet jakieś stopnie, a nawet tytuły naukowe. Powiadam - indolencji, zakładając, że mieli dobre intencje – bo zawsze, jak się mówi, istnieje wątpliwość, czy głupstwa robiono z niewiedzy i nieumiejętności rozwiązania problemu, czy dlatego, że taki był cel – tak jakby rzeczywiście o to chodziło, by „państwo polskie i naród polski nic albo niewiele na niej zyskało”.

Przyjmijmy w dobrej wierze, że nie mieli złych intencji i zobaczmy, jakie popełniono podstawowe błędy – jakich profesjonalni ekonomiści popełnić nie powinni. Po pierwsze, nie przemyślano, czym jest sam akt sprzedaży przedsiębiorstwa. Łatwo powiedzieć: - No to sprzedajmy. Ale trzeba przemyśleć, przez kogo i z jakich środków ma zostać dokonany akt kupna, czyli kto i za jakie pieniądze, kupuje firmę. Gdy kupujemy zwykłe dobro konsumpcyjne lub inwestycyjne, na przykład jakąś maszynę, to płacimy środkami z pozyskanych dochodów lub z posiadanych oszczędności, pożyczamy od kogoś pieniądze albo bierzemy kredyt – a co prawda banki udzielając kredytu mogą kreować pieniądz, ale makroekonomicznie realizowanym inwestycjom musi odpowiadać wygenerowany zasób oszczędności (przypominamy, że jak dowiódł Keynes, inwestycje mają charakter pierwotny, a oszczędności są wtórne). Kupno czegoś takiego jak przedsiębiorstwo, czy prawa do udziału w własności do niego, czyli akcji, to zawsze zamiana posiadanych aktywów płynnych, czyli oszczędności, na prawo własności, w systemie muszą więc być te płynne aktywa. I oczywiście to nie było możliwe. Nie było, bo realna wartość zasobu oszczędności Polaków została kilkunastokrotnie zdeprecjonowana (zasób pieniądza M2 został w 1990 r. zredukowany z prawie 60% PKB do niecałych 30%). Polacy nie mieli zatem oszczędności, a nawet gdyby je mieli, czyli gdyby polityka gospodarcza była prowadzona kompetentnie i oszczędności by zrewaloryzowano, to i tak - nigdzie na świecie - oszczędności nie wystarczyłyby na wykupienie istniejącego majątku. To jest – można by powiedzieć: fizycznie – niemożliwe.

A tak w ogóle, zapomniano, że oszczędności w zasadzie powinny finansować inwestycje w powiększanie istniejącego majątku, czyli tworzenie nowych mocy produkcyjnych, nowych miejsc pracy, albo zwiększanie wydajności. Myśl, że miałyby służyć wykupywaniu na masową skalę już istniejącego majątku jest z punktu widzenia teorii ekonomii całkowitym nonsensem.

Mimo wszystko zbywano przedsiębiorstwa nadzwyczaj pochopnie bez systemu rzetelnej analizy kompetencji nabywców – działalność tzw. doradców, którzy mieli „zabezpieczać” podejmowanie właściwych decyzji, okazywała się fikcją. W efekcie na przykład sprzedano znakomitą fabrykę wyrobów szklanych medykowi nie mającemu pojęcia ani o szklarstwie, ani w ogóle o zarządzaniu – i oczywiście fabryka upadła.
Tak więc skoro Polacy nie mogli wykupić, to konsekwencją było skierowanie oferty do nabywcy zagranicznego. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że prywatyzacja miałaby być wtedy zamianą majątku państwowego na zasilenie kapitałem zagranicznym – to kapitaliści mieliby oddać swoje zasoby płynne, by zamienić je na polskie przedsiębiorstwa. I wtedy jako prywatni właściciele mieliby dbać o rozwój kupionego majątku…. bo prywatny wiadomo, zadba. Strasznie naiwne, wręcz infantylne, ale takie myśli królowały na salonach reformatorów.

Tymczasem, wykazano się niebywale kompromitującą nieznajomością podstawowego pojęcia biznesowego, jakim jest wrogie przejęcie. To pojęcie z kategorii zarządzania, biznesu, ale teoretycy ekonomii powinni je jednak znać. Jak zatem można było wpaść na taki pomysł, że będzie „inwestor branżowy”, czyli ktoś, kto się zajmuje dziedziną danego przedsiębiorstwa – bo taki, niby, miałby najlepiej wiedzieć, jak daną dziedzinę rozwijać. Biznes polega przecież na tym, że nie po to kupuje się konkurencyjna firmę, by ją rozwijać. Wrogie przejęcie oznacza że kupuje się konkurenta, by go zlikwidować, przejąć ewentualne dobre aktywa (maszyny, patenty), a budynki zamienić na magazyny swoich własnych wyrobów. Takich przykładów mieliśmy dziesiątki. Mądrale zapomnieli – braki w wykształceniu ekonomicznym? – że gospodarka kapitalistyczna jest gospodarką nadprodukcji, zatem nie po to kupuje się firmę konkurentkę, by ją rozwijać, tylko po to by zlikwidować i przejąć jej rynki – co pozwoli oczyścić magazyny ze swej nadwyżki wyrobów gotowych – znakomicie przysłużyliśmy się w ten sposób koniunkturze zaprzyjaźnionych krajów.

Że sprzedawano dość bezmyślnie to jedno. Ale czego zabrakło: koncepcji przeprowadzenia jakiejś sensownej kategoryzacji, klasyfikacji, przedsiębiorstw i wydzielenia tych, które prywatyzacji nie powinny z zasady podlegać. To bardzo złożone zagadnienie, ale zwróćmy uwagę na szczególne z niego kwestie: jak potraktować sferę publiczną, czyli dobra wspólnego, pro publico bono w tym przedsiębiorstwa komunalne, jak spółdzielczość i inne instytucje - brakowało przemyślanej koncepcji i planu, co zachować w dotychczasowej formule własnościowej, a co przekazywać w ręce prywatne, a jeśli - to jak. Faktycznie nie tylko dokonano wywłaszczenia Polaków z majątku przemysłowego, ale zrobiono to bezmyślnie.

Kwestia sfery publicznej ma niebywale ważne znaczenie. Jak wykazał niżej podpisany, sfera publiczna i przemysłowa, mają inną logikę budżetową, zatem przedsiębiorstwa sfery publicznej (czyli realizujące dobro wspólne) po prostu nie nadają się do przekształcenia w przedsiębiorstwa rynkowe. Na czym w skrócie ta różnica logik polega: na odwróceniu implikacji budżetowej, bo o ile przedsiębiorstwa publiczne po to pozyskują dochody, by realizować wydatki i poprzez te wydatki wypełniać swe publiczne cele, to przedsiębiorstwa rynkowe po to wydają pieniądze, ponoszą koszty, by osiągnąć dochody – i nadwyżka dochodów nad kosztami jest ich zyskiem – podczas gdy przedsiębiorstwa publiczne, na przykład komunalne mogą funkcjonować na zasadzie non profit, zysk nie jest ich celem. Przeniesienie na przykład sfery komunalnej do logiki przedsiębiorstw rynkowych z reguły kończy się źle – i przykładów tego jest wiele, ale szczególnie ostatnio widocznym jest sfera oczyszczania, gospodarki śmieciami, jak i ściekami; a ostatnio też – trzeba tu dodać - komunikacja miejska, bez sensu oddana prywatnym firmom, które realizują zyski kosztem zdrowia kierowców, a jak się okazuje także życia pasażerów i bezpieczeństwa innych uczestników ruchu drogowego. W bezmiarze bezmyślności niektóre z tych przedsiębiorstw przekazano zagranicznym przedsiębiorstwom – i to komunalnym, czyli publicznym – i cóż one robią? Ano realizują zyski, podwyższając ceny i dusząc koszty (w efekcie i jakość) – po to by poprawić stronę dochodową, dzięki czemu u siebie będą mogły poprzez wydatki lepiej wypełniać swe publiczne funkcje dla własnych obywateli.

Skoro istniejący zasób oszczędności nigdy i nigdzie nie może wystarczyć na wykupienie istniejącego majątku, nawet jeśli jest zasilony oszczędnościami z zewnątrz kraju, to sprzedaż nie może być ekwiwalentna, czyli nie może odpowiadać rzeczywistej wartości sprzedawanego majątku. Ukuto w związku z tym „mądrość etapu”, że sprzedaje się za cenę, jaką nabywca chce zapłacić. To też przykład tej niebywałej indolencji naszych reformatorów. Swojego samochodu wartego na przykład 100 tys. zł jeden z drugim by nie sprzedał za 10 tys. gdyby zjawił się chętny na kupno za tę cenę. Ale polską fabrykę wartą 100 mln lekką rączką sprzedawano za 10 a nawet 5 mln – bo tyle chciał zapłacić nabywca, który mówił, że więcej nie ma i nie da. Pomijając kwestię samej ceny – karygodnie zaniedbywano wliczenie w nią nie tylko realnej wartości gruntów, ale też towarów w magazynach – to potęgowało poziom indolencji i nieodpowiedzialności prywatyzatorów.

Bo oczywiście, sprzedać za cenę równą realnej wartości nie można było, ale można było zastosować inną metodę przekazania w sprawne ręce prywatne, nie prowadzącą do takiej rujnacji polskiego przemysłu - jaką ukazuje nam dzieło dr Ryszarda Ślązaka, doświadczonego menedżera i działacza gospodarczego.

Niniejsza znakomita książka to ważne, kompleksowe studium badawcze, sięgające do źródeł danych - ukazuje ogrom strat, jakie poniósł polski przemysł. Autor nie tylko omówił genezę koncepcji prywatyzacji, ale też ujawnił rozmaite machinacje stanowiące „budowanie gruntu” dla prywatyzacji – rujnowanie finansowe kredytobiorców z poprzedniego okresu, przyzwolenie na uznaniowość w bankowości, nonsensowny pośpiech, w wyniku czego „w dotychczasowej jednolitej strukturze własności państwowej zaszły nagłe przemiany, za którymi nie nadążało ustawodawstwo gospodarcze” – a na braku stabilnego, przemyślanego, spójnego prawa można było kręcić lody, oj można było.

Szczególnym podsumowaniem pracy Ryszarda Ślązaka są tabele pokazujące finansową stronę prywatyzacji: ile zarobiono, ile zapłacono tzw. doradcom, ile kosztowało koncepcyjne gniazdo, czyli Ministerstwo Przekształceń Własnościowych. Same koszty tzw. doradców – to w sumie nieco ponad 100 mln dolarów, a wpływy netto z prywatyzacji poszczególnych fabryk i instytucji finansowych (banków) żenująco niskie – co prawda, to tylko pierwszy okres prywatyzacji (do 1994 r.). Ale sumy są doprawdy powalające. Wpływy ze sprzedaży nieco ponad 300 polskich przedsiębiorstw to 1,049 mld dolarów, według dzisiejszego kursu to bez mała 4 mld zł – dalibóg kompromitująco śmieszna kwota. Ale co szczególnie interesujące, jeśli do kosztów doradztwa i obsługi prywatyzacyjnej (te nieco ponad 100 mln dolarów) dodać dwa razy wyższe koszty utrzymania Ministerstwa Przekształceń Własnościowych – to stanowiło to 30% wpływów brutto. Pozostaje tylko pokiwać głową.

Dane i opis tego „wielkiego przedsięwzięcia ustrojowego” - są szokujące, i jest wielką zasługą dr Ryszarda Ślązaka, że podjął się tej mrówczej pracy zgromadzenia tych ważnych a zarazem smutnych informacji – choć przecież wielu z nas wiedziało, jak było. Może jednak nie wszyscy wiedzieli? Ale lektura pasjonująca dla jednych i drugich. I czekamy na dalszy ciąg.
Licznik odwiedzin
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło