W 2017 roku stwórzmy trzecią siłę
Dodane przez admin dnia Styczeń 29 2018 13:34:52


Dr Dariusz Maciej Grabowski



3 stycznia 2017
Marzyć – to najpotrzebniejsza czynność w trudnych czasach. A gdyby tak udało się marzyć zbiorowo to samo, o tym samym… Niech wolno mi będzie zatem pomarzyć o tym, że inni marzą, to samo i o tym samym… co ja.

Treść rozszerzona
3 stycznia 2017
Marzyć – to najpotrzebniejsza czynność w trudnych czasach. A gdyby tak udało się marzyć zbiorowo to samo, o tym samym… Niech wolno mi będzie zatem pomarzyć o tym, że inni marzą, to samo i o tym samym… co ja.
A teraz do rzeczy. Marzę, by polscy przedsiębiorcy zrozumieli, jakie są ich obowiązki a następnie przystąpili do ich wypełniania. Co mam na myśli? To, że być polskim przedsiębiorcą powinno oznaczać troskę o własną firmę, najczęściej rodzinną, ale też myślenie i działanie na rzecz lokalnej, często gminnej społeczności, a na sam koniec pracę i współdziałanie „pro publico bono” w interesie państwa i narodu. Co więcej, być polskim przedsiębiorcą to znaczy mieć odwagę zabierać głos, uczestniczyć, organizować, wybierać i być wybieranym wszędzie tam, gdzie potrafi się zaproponować coś mądrego, dobrego, potrzebnego.


Spór narastający między rządzącymi politykami a opozycją ukazał bezideowość, bezsilność i brak spójnego programu gospodarczego i społecznego obu stron konfliktu. W walce o władzę bitwy toczone są o głosy wyborców, których próbuje się kupić bądź przekupić rozdawnictwem i obietnicami bez oglądania się na koszty i długookresowe konsekwencje takich działań.


Nie mam złudzeń, że rok 2017 będzie rokiem „kryteriów ulicznych”. Sprawy ważne i nieważne, interesy ludzi dobrych i złych, losy pomysłów mądrych i głupich będą decydowały się nie w zaciszu gabinetów i sal, a na wiecach, demonstracjach, marszach i w czasie kolejnych wystąpień ulicznych. Oczywiście, inspiratorzy i organizatorzy tych „happeningów” będą zza sceny, z ukrycia pociągali za sznurki, dolewali oliwy do ognia i przekupywali kasą „zadymiarzy”. Bo przecież jak mawiał hrabia de Lampedusa „…trzeba zmienić wszystko, by nic się nie zmieniło”.


Polska stoczyła się w życiu politycznym do poziomu wojny plemiennej, w której racje i argumenty przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Ważne są tylko emocje, język nienawiści, poczucie bezkarności i siła. Wiele wskazuje na to, że stan ten nie będzie trwał długo. Narasta nieujawniony jeszcze społeczny sprzeciw. Może dojść do przedterminowych wyborów, a to oznacza, że już dziś powinniśmy się do nich przygotować. Powinni przygotować się polscy przedsiębiorcy. Uważam, że jest to ich fundamentalny obowiązek na tę chwilę. Przedsiębiorcy powinni porozumieć się, połączyć organizacyjnie, wystąpić zbiorowo. Kiedy się policzą i poczują, jak wielki potencjał reprezentują nie będą mieli wątpliwości, że do ich obowiązków należy sformułowanie programu ekonomicznego, społecznego i politycznego. Elementem tego programu, który z jednej strony uczyni z przedsiębiorców podmiot polityczny, a z drugiej uporządkuje struktury organizacyjne powinno być utworzenie samorządu gospodarczego.
Jeśli coraz więcej Polaków wyczerpanych ogłupiającą, demoralizującą, kosztowną i marnującą społeczną energię wojną wewnętrzną układu politycznego prosi, modli się o trzecią siłę – to mają rację. Natomiast misję zorganizowania, utworzenia tej trzeciej siły powinni wziąć na siebie przedsiębiorcy. Nowoczesne państwo i nowoczesne społeczeństwo nie może istnieć i rozwijać się bez elity gospodarczej. Przedsiębiorcy polscy powinni być współczesną, patriotyczną szlachtą, tymi kilkoma procentami społeczeństwa, które wyznacza kierunek przemian, kreuje liderów i przywódców. Przedsiębiorcy polscy powinni zrozumieć, że ich miejsce nie jest na widowni, ale na scenie, gdzie nie statystują a grają główne role.


Imigracja zarobkowa Ukraińców – cieszyć się czy bać?


27 lutego 2017


Czy masowa imigracja do Polski Ukraińców szukających i znajdujących tu pracę to rozwiązanie mądre i dobre czy głupie i złe z punktu widzenia naszego państwa i narodu, tak w krótszej, jak i długiej perspektywie? Odpowiedź polskiego dewelopera, rolnika, sadownika, rodziny potrzebującej opiekuna do osoby starej i niedołężnej będzie jednoznaczna. Tak, to konieczność, to wybawienie z kłopotów. Przedsiębiorca potwierdzi, że dzięki taniemu ukraińskiemu robotnikowi ma szansę prowadzić firmę, uzyskiwać dochód, a nawet zysk. Jeśli ktoś podda w wątpliwość jego twierdzenie argumentując, że to zbyt mało z punktu widzenia ogółu, to przedsiębiorca doda, że dzięki taniemu robotnikowi będzie mógł obniżyć cenę zbudowanego mieszkania bądź domu, co przecież ucieszy potencjalnego polskiego nabywcę. To, co powie przedsiębiorca jest zrozumiałe, a nawet oczywiste. Do chóru zadowolonych dołączy sadownik. Spyta, kto z Polaków podejmie dziś pracę w sadzie czy na plantacji – sezonową i niskopłatną? Sadownik zna odpowiedź – tylko Ukraińcy. Podobno jest już nawet współczynnik mówiący, że na jeden hektar sadu potrzebny jest do pracy 1,2 Ukraińca.


Ale jest też drugi punkt widzenia oceniający korzyści bądź problemy wynikające z zatrudnienia Ukraińców w Polsce. Jest on, o dziwo, o wiele rzadziej publicznie wypowiadany. Ten drugi punkt widzenia wyraża stanowisko polskiego robotnika i pracownika. Tani, często pracujący na szaro bądź czarno robotnik z Ukrainy powoduje, że płace w branży budowlanej i innych są utrzymywane na niskim poziomie. Konkurencja ze strony Ukraińców powoduje zaniżenie płac większości działów gospodarki ze wszystkimi tego konsekwencjami dla poziomu życia polskiego robotnika i pracownika. Jest to tym gorsze, że opodatkowanie niskich płac jest u nas wysokie, co dodatkowo zubaża tę część polskiego społeczeństwa. Jednocześnie ogranicza to popyt wewnętrzny, co jest niemiłą wiadomością dla polskiego producenta. Najgorszą jednak konsekwencją napływu taniej siły roboczej z Ukrainy do Polski jest wynikający stąd proces „wypychania” Polaków na emigrację zarobkową, gdyż tylko tą drogą stwarzają sobie szansę na godziwe życie, założenie rodziny, posiadanie dzieci. Warto zwrócić uwagę i wypada okazać zdziwienie, że tak potężne i wpływowe władze licznych związków zawodowych w Polsce w sprawie napływu imigrantów z Ukrainy milczą udając, że problemu nie ma, że ich to nie obchodzi i nie dotyczy członków związków.


Do dwóch powyżej przytoczonych głosów pora, byśmy dołączyli wypowiedź ekonomisty patrzącego na problem zarówno oczami przedsiębiorcy, czyli w skali mikro, jak też w skali całej gospodarki, w tym budżetu państwa.


Pierwsza uwaga, która nasuwa się ekonomiście brzmi: praca na szaro i czarno, która dominuje wśród Ukraińców dezorganizuje polski rynek pracy. Czyni reguły gry na tym rynku nieuczciwymi i nierównymi dla przedsiębiorców i większości pracowników. Co więcej, Ukraińcy zatrudnieni nielegalnie nie płacą w Polsce podatków dochodowych, czym uszczuplają dochody budżetu. Sądzić należy, że skala problemu idzie nie w kilka, a co najmniej kilkanaście miliardów złotych.


Kolejny argument, który podniesie ekonomista dotyczy wywozu zarobionych pieniędzy z Polski. Ukraińcy starają się jak największą część zarobionych i zaoszczędzonych złotówek zamienić na dewizy i wywieźć z Polski, czym z jednej strony przyczyniają się do ograniczenia popytu konsumpcyjnego na naszym rynku, czyli działają na szkodę polskich producentów, a jednocześnie poprzez wywóz dewiz zmniejszają zasób i podaż pieniądza, który mógłby służyć jako środek do finansowania inwestycji. Skala tego wywozu jest na tyle duża, że moim zdaniem, powinna zostać tu dokonana wnikliwa analiza przez NBP czy Ministerstwo Finansów. Według moich szacunków można przyjąć, że jeśli jeden zatrudniony nielegalnie w Polsce Ukrainiec co miesiąc transferuje od 1 do 2 tysięcy złotych, czyli od 250 do 500 dolarów, to w skali rocznej wywiezionych zostaje z Polski od 3 do 6 miliardów dolarów. Ciekawostką jest tu milczenie NBP, który z mocy prawa stać powinien na straży legalności, jawności i wysokości dewiz wywożonych z Polski.
Ważnym problemem dotyczącym pracujących w Polsce Ukraińców jest fakt, że sami jako zatrudnieni bezprawnie są niejako zmuszani do zachowań rozszerzających sferę bezprawia. Co mam na myśli? Przykładowo wielu z nich mieszka bądź wynajmuje mieszkania bez umów, porusza się samochodami niespełniającymi norm bezpieczeństwa i ekologii, nabywa nawet nieruchomości na osoby podstawione.
Należy też podnieść argument makroekonomiczny i działający w długim horyzoncie czasowym, a dotyczący charakterystyki polskiej gospodarki. Utrzymywanie płac na niskim poziomie w Polsce w efekcie napływu Ukraińców i brak klarownej polityki kolejnych rządów wobec narastającej fali imigracji doprowadziło do wykształcenia się swoistej „specyfiki” polskiej gospodarki. Otóż w Polsce opłaca się inwestować przede wszystkim w takich branżach, gdzie zarabia się na taniej sile roboczej, a nie na wysokich kwalifikacjach i dobrze opłaconym robotniku. Te gałęzie przemysłu, które wymagają wiedzy, wynalazków i innowacji nie są atrakcyjne dla producentów, ani nie motywują ich do ponoszenia nakładów na kształcenie, stypendia, badania naukowe. Z tego też powodu wielu wysoko wykształconych Polaków nie mogąc znaleźć dobrej i godziwie opłacanej pracy w wyuczonym zawodzie zmuszonych zostało do emigracji. Koszty ich wykształcenia ponieśliśmy my, w Polsce, ale korzyści z ich wykształcenia w postaci podatków płacone są zagranicą. I tak oto utrzymywanie płac na niskim poziomie za sprawą błędnej polityki imigracyjnej kolejnych rządów jest korzystne dla nielicznego grona przedsiębiorców. Dla większości jednak skutkuje tym, że bez mała cała polska gospodarka „jest odwrócona tyłem” do wynalazczości, inwestowania w ludzi i w naukę.
Problem ma też pewien aspekt społeczno-obyczajowy. Coraz częściej widać, że Polacy odmawiają podjęcia pracy w zawodach, które uznają za uchybiające ich godności. Zjawisko to miało i ma miejsce w krajach wysokorozwiniętych, gdzie część zawodów jest zdominowana właśnie przez imigrantów, niestety także Polaków. Taka postawa została ostatnio wzmocniona działaniem ustawy 500+. To z jej powodu część kobiet została pośrednio zmuszona do rezygnacji z pracy, by nie stracić dodatku na dziecko. I tak oto jednocześnie wymuszono odejście z pracy i rozbudzono a następnie wzmocniono postawy roszczeniowe u części polskiego społeczeństwa. „Mnie się należy” – oto hasło, które już się zakodowało i będzie miało coraz silniejsze następstwa, niestety głównie negatywne dla gospodarki, budżetu państwa i świadomości społecznej. Chcę być dobrze zrozumiany. Jestem całym sercem za stwarzaniem dla Polek warunków do swobodnego wyboru. Jestem przeciwny przymusowi wyboru – albo praca, albo dodatek na dziecko. Zło sytuacji po wprowadzeniu ustawy 500+ polega na tym, że państwo które doprowadziło do napływu imigrantów, by nie powiedzieć, że go wspierało – tym sposobem umożliwiło zaniżenie płac, a dziś dając jałmużnę w postaci 500+ zmusza część Polek do porzucenia tej pracy.


Zadajmy teraz pytanie, co nas czeka w najbliższych latach? Rząd ustami jednego z wiceministrów rozwoju wzywa do działań zwiększających napływ Ukraińców do Polski, do otwarcia dla nich drzwi na oścież. Sądzę, że jest to inicjatywa zarówno spóźniona, jak i nie uwzględniająca faktu otwarcia rynku Unii Europejskiej dla poszukujących pracy Ukraińców od połowy tego roku. Należy spodziewać się szybko rosnącej emigracji Ukraińców do państw starej Unii (Niemiec, Austrii, Francji, Holandii i innych), gdzie płace są wyższe niż w Polsce, perspektywy osiedlenia lepsze. Proces ten może spowodować spadek liczby imigrantów zorientowanych na pracę w Polsce, bądź też – i to zjawisko uważam za pewne – postawienie przez nich coraz wyższych żądań płacowych. Sprzyjać temu będą tworzone w Polsce organizacje i instytucje ukraińskie ze związkami zawodowymi włącznie. Jeśli do tego dojdzie, polskich przedsiębiorców głównie w budownictwie, wielkoobszarowym i towarowym rolnictwie czekają poważne problemy.


Co moim zdaniem należy zrobić? Odpowiedź jest jasna i zdecydowana. Po pierwsze należy uprościć i uporządkować system opodatkowania dochodów dla polskich pracowników i przedsiębiorców. Należy przede wszystkim radykalnie podwyższyć próg dochodów wolnych od opodatkowania. Według mnie powinna być to kwota około 2000 złotych miesięcznie dająca 24000 złotych wolne od podatku rocznie. Należy jednocześnie radykalnie ograniczyć system zasiłków dla bezrobotnych, likwidować urzędy pracy. Po drugie, trzeba uporządkować system zatrudnienia imigrantów w Polsce, zalegalizować ich zatrudnienie, a jednocześnie zaostrzyć karanie za zatrudnianie na czarno.


Paradoks dziś polega na tym, że urzędy skarbowe koncentrują swoje kontrole na polskich, najczęściej małych i średnich przedsiębiorcach u nich tropiąc i szukając nadużyć w płaceniu podatków. Jednocześnie nic nie słychać o sukcesach w walce z niepłacącymi podatków wielkimi firmami zagranicznymi, bankami, korporacjami handlowymi. Na drugim biegunie te same polskie urzędy skarbowe nie zauważają problemu pracy na czarno ogromnej rzeszy imigrantów z Ukrainy, którzy także podatków nie płacą. Można powiedzieć ckliwie i żałośnie, że zgodnie z polską gościnnością polskie urzędy skarbowe tropią za nieuczciwość Polaków, a pozostawiają w błogim spokoju obcokrajowców – tych z Zachodu i ze Wschodu.

NIE NADSTAWIAJMY DRUGIEGO POLICZKA


Luty 19


Rząd polski, a konkretnie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przekazało władzom Ukrainy kwotę 30 milionów złotych na „współpracę rozwojową (…) wzmocnienie kapitału ludzkiego, decentralizację i przedsiębiorczość”. Wiceminister Joanna Wronecka dobitnie nazwała Ukrainę „naszym najważniejszym partnerem we współpracy rozwojowej”, nie wyjaśniając znaczenia tego terminu.


Niepokojący i co najmniej dziwny jest fakt, że tak hojnie przyznaje się publiczne pieniądze na cele, które pozostają w sferze ogólników. Warto również zapytać, jak będzie wyglądała kontrola wydatkowania tych środków. Czy Polska będzie miała coś do powiedzenia w tej sprawie, czy Ukraińcy wydadzą tę kwotę jak uznają za stosowne, nie próbując nawet uzasadniać swoich decyzji.


Polska udzieliła także kredytu Ukrainie (na jakich warunkach, jak oprocentowanego, z jakim terminem spłaty – te informacje zatajono) w wysokości 100 milionów euro. Z kwoty tej 68 milionów euro zostało uruchomione „na budowę i modernizację dróg”, za co odpowiadać będzie Sławomir Nowak (dawniej minister w rządzie PO – kolekcjoner markowych i wypasionych zegarków).


Dlaczego polska polityka zagraniczna, angażując nasze wspólne, ciężko wypracowane pieniądze w sposób szczególny traktuje Ukrainę? Na co liczymy wspierając kraj dotknięty korupcją i nie wymagając jednocześnie od „obdarowanych” czytelnych, jasnych zasad wykorzystania tej pomocy. Osobną sprawą pozostaje partnerstwo w dziedzinie współpracy rozwojowej traktowane tak priorytetowo przez polskie MSZ w stosunku do Ukrainy. Chciałbym poznać choć jeden wspólny, korzystny dla obu stron projekt, który pozwoli mi uwierzyć w dalekowzroczność i słuszność polskiej myśli dyplomatycznej, tak chętnie kierowanej w stronę Ukrainy.


Pewne jest natomiast jedno: politycy PO i PiS toczący w kraju na oczach milionów Polaków heroiczne boje o władzę, gdy przychodzi do konkretów w polityce zagranicznej, ramię w ramię działają na rzecz obecnych władz Ukrainy.


Nie tylko argumenty ekonomiczne dają powody do obaw. Trzeba nie mieć poczucia własnej godności, mieć za nic pamięć o pomordowanych przez zbrodniarzy OUN-UPA Polaków, poczucia odpowiedzialności za państwo, polską rację stanu, by gdy na Ukrainie pluje nam się w twarz, obrzuca jajami prezydenta, uchwala ustawy gloryfikujące zbrodnicze organizacje OUN-UPA, SS Galizien, wywiesza na murach ambasady polskiej w Kijowie portrety Stepana Bandery czy stawia pomniki mordercom tysięcy Polaków, Żydów, Ormian, Czechów – dawać bezrefleksyjnie pieniądze inspiratorom i odpowiedzialnym za te wydarzenia Ukraińcom.


Trzeba nie mieć wewnętrznego poczucia związku z milionami Polaków, którzy chcą szanować i obdarzać zaufaniem polityków, którzy nimi rządzą.


To prawda, że nasza wiara uczy, by „nadstawiać drugi policzek”, ale historia Polski po wielokroć dowiodła, że taka postawa zawsze prowadziła do klęski państwa i narodu. Dlatego w imię własnej godności, tej najbliższej Bogu, nadstawianie drugiego policzka w polityce międzynarodowej oznacza przyzwolenie na zbrodnię, przyzwolenie na grzech najcięższy. Nadstawianie drugiego policzka jest nawet czymś znacznie gorszym, albowiem oznacza współodpowiedzialność, współdziałanie z oprawcą, który popełni bezkarnie kolejne występki.


Czas powiedzieć – dość. Czas powiedzieć dość rządom, dla których godność i honor nic nie znaczą, które prowadzą wykraczającą poza akceptowaną i publicznie znaną politykę wobec Ukrainy.
Wzywam wybitnych Polaków, którzy tak okrutnie zostali doświadczeni przez Ukraińców: Mirosława Hermaszewskiego, Pawła Bożyka, Krzesimira Dębskiego i innych – czas zabrać głos, czas na Wasze świadectwo. Wasz głos powinien dotrzeć do wszystkich Polaków.


JAK DOBRA ZMIANA ROBI BANKOM DOBRZE A NAWET LEPIEJ


Luty 11


O uprzywilejowanej pozycji banków w Polsce Polacy wiedzą doskonale. Od lat doświadczają tego na własnej skórze. Gdy zaciągają kredyty, bądź gdy im się tych kredytów odmawia, gdy muszą zaakceptować niewspółmiernie wysokie oprocentowanie długu, kiedy (jak to ma miejsce z frankowiczami) są nabijani w butelkę, czy kiedy muszą ponosić opłaty za samo prowadzenie rachunku, bądź prostą czynność bankową.


Dlatego hasło wyborcze o okiełznaniu pazerności banków, szczególnie zagranicznych w Polsce, znalazło odzew i napędziło klientelę wyborczą Prawu i Sprawiedliwości oraz Panu Prezydentowi. Poczciwi rodacy uwierzyli, że „dobra zmiana” chce i potrafi zrealizować to, co deklaruje – w myśl zasady chcieć to móc.


Co się okazuje po bez mała półtora roku rządów Prawa i Sprawiedliwości?


Wprowadzony został tzw. podatek bankowy. Wpływy z tego tytułu do budżetu państwa szacowano na 5-6 miliardów złotych rocznie. Okazało się, że dobrze jeśli uda się uzyskać połowę, czyli około 3 miliardy złotych.


Co było do przewidzenia (ostrzegałem przed tym w jednym z felietonów) reakcja banków na nałożony podatek polegała na podniesieniu cen na bez mała wszystkie usługi bankowe. Tą drogą koszty opodatkowania przeniesiono na klientów banków, czyli polskie firmy i obywateli.
Co ciekawe, na takie dictum „dobra zmiana” powiedziała – pas. Nikt nie zareagował na posunięcia banków, co więcej, pojawiły się głosy po stronie rządzących i mediów o konieczności obrony swobody działania sektora bankowego, a co najzabawniejsze, choć jednocześnie ponure, uruchomione zostały procedury… napędzające kasę bankom w majestacie prawa, „ale już nie sprawiedliwości”. A oto kilka danych i przykładów na potwierdzenie moich tez.


Banki zareagowały podwyżką swoich usług nawet tak drobnych i przyziemnych, jak korzystanie z bankomatów. Gwałtownie wzrosły ceny prowizji, opłat, ubezpieczeń od kredytów. Oto konkret: w jednym z banków pożyczający 20 tysięcy złotych na 7 lat będzie musiał oddać w sumie ponad 37 tysięcy, a prowizja przy udzieleniu kredytu wynosi 30% jego wysokości.


Na co chcę jednak zwrócić szczególną uwagę to fakt, że banki z całą bezwzględnością przystąpiły do ukrywania przed klientami realnych kosztów kredytu, realnych stóp procentowych i wszelkich opłat. Pytam co na to: UOKiK, KNF, NBP? Te trzy potężne instytucje z hojnie opłacanym z naszych podatków personelem, do którego zadań należy dyscyplinowanie banków, zapewnienie równych reguł gry na rynku, porządku w gospodarce zgodnie… zachowują dyskretne milczenie.
Banki widząc przychylność „dobrej zmiany” robią swoje i tak oto zysk sektora wzrósł o 25% w 2016 roku – dodam – pomimo opodatkowania. Jeśli polskie PKB wzrosło o 2,8%, a zysk banków o 25% – co to znaczy? Banki po prostu nadal, może nawet bardziej, obdzierają nas ze skóry przechwytując wypracowaną nadwyżkę.
Kogo mam na myśli?


Co piąty mały przedsiębiorca ma zaciągnięty kredyt na firmę, a ponad 80% spośród nich spłaca kredyt konsumpcyjny na mieszkanie, bądź dobra trwałego użytku. W tych firmach pracuje około 40% zatrudnionych w Polsce. Jak widać rzecz dotyczy ogromnej części, dodam, najciężej i najefektywniej pracujących członków naszego społeczeństwa. To oni wypracowują zysk bankom.
A teraz – dlaczego uważam, że „dobra zmiana” robi bankom lepiej. Oto przykłady.


Wprowadzenie ustawy 500+ oznacza (ponieważ pieniądze z budżetu do odbiorców są przekazywane za pośrednictwem banków) przepływ przez banki dodatkowych ponad 20 miliardów złotych rocznie. Każdy bankier wie, że taka kwota, nawet jeśli tylko na kilka dni „zapadnie” czyli zostanie zdeponowana w banku, to pozwoli wykreować dodatkowe fundusze i zysk dla tegoż banku. Pytam zatem, czy ktoś z tak chętnie deklarujących odpowiedzialność za polską gospodarkę przedstawicieli rządu, mając powyższe na względzie, negocjował z bankami korzystniejsze dla państwa warunki obsługi zadłużenia bądź kredytowania budżetu. Jestem pewien, że nikt.


Przykład drugi. Rząd wprowadził przymus – podkreślam z całą mocą – przymus dokonywania przelewów za pośrednictwem banków między firmami na kwotę powyżej 15 tysięcy złotych (poprzednio było to 15 tysięcy euro). Niby pod hasłem walki z podziemiem gospodarczym ograniczył wolny, podkreślam – wolny obrót gotówkowy. Skomplikował tym i ogromnie utrudnił pracę, obniżył rentowność małych przedsiębiorstw, głownie w branży budowlanej, w handlu i usługach. Wymuszenie na przedsiębiorcach dokonywania rozliczeń poprzez banki oczywiście napędziło kasę tym ostatnim. Pytam – czy rząd sam coś z tego powodu wytargował? Bo, że stracił rozszerzając szarą strefę o ułamek wpływów podatkowych – nie mam wątpliwości. Już dziś chcę ostrzec i przypomnieć przedsiębiorcom, że prominentny polityk PiS, senator Grzegorz Bierecki zgłosił propozycję całkowitej likwidacji obrotu gotówkowego między przedsiębiorstwami. Oto jak prezes SKOK usłużnie podchwytuje postulaty banków. A wszystko na patriotyczną nutę.


Przykład trzeci. Rząd wystąpił z programem kredytowania budownictwa mieszkaniowego i tanich mieszkań na wynajem. Powstanie do tego osobny fundusz, który przekazywany będzie za pośrednictwem banków. Pytam, czemu nie może to być fundusz zdeponowany na subkoncie w Banku Gospodarstwa Krajowego? Wątpię, bym otrzymał na to pytanie odpowiedź.
Przykład czwarty. Nie od dziś mówi się o manipulacjach kosztami w sektorze bankowym. Zawyżanie kosztów ma na celu zarówno obniżanie zysku do opodatkowania, a w konsekwencji płacenie niższych podatków przez banki, jak i umożliwienie transferowania zagranicę tychże nadzwyczajnych, realnych zysków. Przez półtora roku nie słyszałem ani razu, by w tej kwestii zrobiony został choćby kroczek do przodu.


Puentę do oceny polityki „dobrej zmiany” wobec banków dopisał ostatnio, a właściwie wygłosił osobiście sam Jarosław Kaczyński. Jak rozumiem, wygłosił w imieniu własnym, czyli w imieniu rządu i Pana Prezydenta. Prezes PiS poinformował co następuje: ograbieni przez banki tzw. kredytowicze frankowi, którym obiecywano, że ich krzywda zostanie naprawiona przez „dobrą zmianę” po wygranych wyborach – powinni swej krzywdy… dochodzić w sądach, bo władza im nie pomoże. Władza musi się troszczyć o dochodowość banków. I tak oto ekipa, która w mediach i gdzie popadnie rzuca oskarżenia i epitety pod adresem banków i bankierów nazywając ich „banksterami” odsłoniła swoje prawdziwe oblicze. Reakcją rynku na deklarację Jarosława Kaczyńskiego był gwałtowny wzrost kursów akcji banków na giełdzie, co oczywiście… nabiło kasę bankierom.


Propozycja Jarosława Kaczyńskiego jest rozbrajająco szczera, ale przemilcza on pewną okoliczność. To przecież ekipa PiS dokonuje w tej chwili radykalnych zmian w sądownictwie, co skutkuje odejściem z zawodu dużej liczby sędziów. Fakt ten z pewnością doprowadzi do wydłużenia czasu oczekiwania na rozprawę (w myśl zasady „czekaj tatka latka”), a co dopiero wydanie wyroku. Ciekaw jestem, co na to frankowicze? A do wszystkich klientów banków w Polsce mam apel: dość wiary w język reklamy i obietnice powabnych polityków, pora na zbiorową mądrość i działanie.


Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę wg Jarosława Kaczyńskiego i wg polskiego przedsiębiorcy
5 lutego 2017


Już tytuł konferencji – „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę” przykuwa uwagę, a co dopiero gdy spojrzeć na miejsce i skład uczestników. Odbyła się ona 4 lutego w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu u ojca Tadeusza Rydzyka, a udział w niej wzięli m.in. Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Henryk Kowalczyk, Wojciech Jasiński, Zbigniew Jagiełło i inni. Nazwiska mówców nakazują z największą uwagą wczytać się w ich wystąpienia.


Na wstępie wskażę na fakt, który wiele wyjaśnia. W żadnym z przekazów medialnych nie wspomniano, by podczas konferencji wystąpił i zabrał głos polski wielki, średni bądź mały przedsiębiorca, których jest przecież ponad półtora miliona. Zatem odbyła się konferencja o przedsiębiorcach, ważna dla przedsiębiorców, ale przedsiębiorcy prawa głosu nie mieli. Taki schemat prowadzenia debaty przywołuje na pamięć czasy dawnego systemu, gdy konwentykle partyjne zwoływane były pod hasłem troski o „lud pracujący miast i wsi”, o „klasę robotniczą”. Tyle, że przedstawiciele ludu i klasy robotniczej mogli co najwyżej wysłuchać przemówień aparatczyków i na dany znak… urządzić spontaniczną owację na stojąco.


Jako jeden z polskich przedsiębiorców zadałem sobie trud przeczytania relacji z wystąpienia głównego mówcy – Jarosława Kaczyńskiego. Odpowiedzialność przedsiębiorców ma według prezesa PiS dwa poziomy: „Po pierwsze to zdanie sobie sprawy z tego, że istnieje państwo (…) jeżeli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się po prostu do tego nie nadaje”, „Jeżeli ktoś we współczesnej Polsce nie jest w stanie działać efektywnie, to po prostu powinien zająć się czymś innym.” Po drugie odpowiedzialność przedsiębiorców to według Jarosława Kaczyńskiego zobowiązanie wobec wspólnoty: „Do państwa należy żeby rozwój był możliwie sprawiedliwy, nie prowadził do zbyt wielkich różnic społecznych, natomiast do przedsiębiorców należy to wszystko, co jest potrzebne, by ten rozwój następował.” Mówca podkreślił, że to przedsiębiorcy odpowiedzialni są za skłonność do inwestowania oraz skłonność do wprowadzania innowacji. Konkluzja brzmi następująco: „Najpierw państwo, później własność”. „Państwo musi dysponować zasobami czyli musi ściągać podatki, składki, daniny publiczne”.


Wypada zapytać Jarosława Kaczyńskiego – co to jest państwo? Czy państwo to: naród, historia, ziemia, prawo, instytucje? Czy przeciwnie, jak mawiał pewien władca „państwo to ja”, a zatem sprawujący władzę i podlegli im urzędnicy. Czy zatem władza ma służyć narodowi w zgodzie z prawem, a instytucje państwa stać na straży tegoż prawa i bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego? Czy przeciwnie – a tak sugeruje Jarosław Kaczyński – naród, w tym wypadku przedsiębiorcy, mają wypełniać polecenia i zadania wyznaczone i nałożone przez rządzących utożsamiających się z państwem.


Teza – „najpierw państwo, później własność” – tak powabna i na pierwszy rzut oka słuszna jest z gruntu fałszywa. Prowadzi bowiem do wniosku, że w skrajnym przypadku bez własności, dodajmy własności prywatnej, może istnieć państwo, a w nim narodowa wspólnota. Co więcej, że bez własności można być wolnym… a ja dodam – najmitą. To właśnie polemizując z taką logiką Jan Olszewski, którego członkiem ekipy miałem zaszczyt być, zadał fundamentalne pytanie: „Czyja Polska?” Czyja, czyli kogo: władzy, urzędników, służb „tajnych, widnych i dwupłciowych”, a może przeciwnie – poprzez uwłaszczenie, wybicie się na własność – powinna pozostać w rękach Polaków, w rękach narodu. To Stanisław Staszic pisał o równości, wolności i własności jako fundamencie praw człowieka. Ten, kto coś ma, choćby tylko nieruchomość bądź małą firmę wie, że państwo jest mu potrzebne, by stać na straży własności i być partnerem w jej pomnażaniu. Natomiast ten, kto nie ma nic może beztrosko zaśpiewać „to już jest koniec, nie mamy nic, jesteśmy wolni, możemy iść”, a ja uściślę… emigrować.
Teza Jarosława Kaczyńskiego, że polscy przedsiębiorcy mogą „nie zdawać sobie sprawy z tego, że istnieje państwo,” że mogą nie wiedzieć o odpowiedzialności”, „zobowiązaniach wobec wspólnoty” jest nie tylko błędna i dowodząca nieznajomości rzeczy, ale obraźliwa dla środowiska. Polski przedsiębiorca doskonale wie, co to jest odpowiadać za zatrudnionych pracowników, co z mocy prawa i obowiązków na niego nałożonych winien jest państwu i samorządom. Powiem więcej. Nawet gdyby polski przedsiębiorca chciał być nieodpowiedzialnym i nieobowiązkowym wobec państwa to przy obecnych bezwzględnych przepisach, nieprzychylnych, a często opresyjnych wobec niego – państwo poprzez swoje instytucje przypomniałoby mu boleśnie, gdzie jego miejsce.
Jarosław Kaczyński oskarża, czyni odpowiedzialnymi przedsiębiorców za to, „co jest potrzebne, by rozwój nastąpił”, czyli brak skłonności do inwestowania i brak skłonności do wprowadzania innowacji.


Już sam fakt, że wyłącznie przedsiębiorców uznaje odpowiedzialnymi za rozwój gospodarczy uznać należy za błędny. Gdyby tak było, to może najprościej należałoby zlikwidować środowisko przedsiębiorców, a doskonała, wszechwiedząca „grupa trzymająca władzę – lepszej zmiany” pokierowałaby gospodarką. Jarosław Kaczyński tak kategorycznie wypowiadający się o postawach przedsiębiorców, o dziwo, ani jednego nie włączył do swojej ekipy parlamentarnej czy rządowej. Co więcej, ani jednego przedsiębiorcy bądź ekonomisty nie ma wśród posłów PiS, zaś żaden z czołowych działaczy partyjnych i parlamentarnych nigdy złotówki nie zarobił prowadząc własną działalność gospodarczą. Dzielenie Polaków, dzielenie społeczeństwa – tak charakterystyczne dla sposobu uprawiania polityki przez Jarosława Kaczyńskiego na służących dobrej i służących złej sprawie przypomina tu powiedzenie „a ty Kuba od roboty, a ja Maciej od ochoty”.


Na zarzut o zbyt małe skłonności do inwestowania odpowiadam jako przedsiębiorca. Skłonność ta jest wypadkową dwóch możliwych stanów i sytuacji. Pierwszej, gdy prognozy, oczekiwania, kalkulacje co do przyszłych korzyści i zysków są pozytywne. Istnieje zatem uzasadnione przypuszczenie, co do wzrostu popytu na dobra i usługi przez nas wytwarzane. Zaś drugą przyczyną skłonności do inwestowania może być stan, gdy wzrost kosztów, spadek zysków i oczekiwania co do negatywnych tendencji, takich jak spadek popytu skłonią przedsiębiorcę broniącego się przed bankructwem do inwestowania w nowoczesne technologie. Wszystko po to, by obniżyć koszty, powstrzymać spadek zysku i być może umocnić swoją pozycję na rynku. Ani w jednym, ani w drugim wypadku skłonność do inwestowania nie może być „chciejstwem” bądź realizacją woli rządzących. Decyzje przedsiębiorców są w całej ich masie dowodem odpowiedzialności przed swymi pracownikami i samym sobą i wynikają z analizy rynku, prognoz co do koniunktury oraz oceny polityki gospodarczej i społecznej państwa.
Co oznacza powstrzymywanie się od inwestycji? Oznacza przede wszystkim brak oczekiwania pomyślnych zysków, wysokie ryzyko poniesienia straty. Kto ponosi odpowiedzialność za taki stan świadomości przedsiębiorców? Nie ulega dla mnie wątpliwości, że przede wszystkim rządzący. Tym bardziej, jeśli swymi deklaracjami i przyjmowanymi rozwiązaniami prawnymi czynią z przedsiębiorców potencjalnych przestępców, łamiących prawo egoistów.


Dlaczego skłonność do wprowadzania innowacji jest wśród polskich przedsiębiorców tak niska? Pierwsza przyczyna wynika z faktu, że innowacje dziś są najczęściej pochodną ogromnych nakładów ponoszonych na badania podstawowe realizowane przez wielkie zespoły naukowe, wyposażone we wspaniałe laboratoria, najczęściej finansowane przez ponadnarodowe koncerny bądź z budżetów państw. My takich badań nie prowadzimy, nas na nie nie stać. Na tej samej konferencji wicepremier Mateusz Morawiecki powiedział: „W budżecie pieniędzy na rozwój tak naprawdę nie ma. Z budżetu minister rozwoju nie dostał ani złotówki na rozwój.” Drugą przyczyną jest fakt, że to właśnie rządy postkomunistyczne i rządy AWS-UW poprzez rabunkową prywatyzację rozpędziły na cztery wiatry zespoły i zaplecza naukowo-badawcze oraz pracowników instytutów naukowych. A jeśli pan prezes o tym zapomniał, to przypomnę, że większość posłów AWS i UW to byli obecni posłowie PO i PiS. Pytam o jakich innowacjach może myśleć polski przedsiębiorca, jeśli w żadnej ustawie nie ma wzmianki o prawie do odpisu od podatku w przypadku ponoszenia nakładów na badania naukowe, na stypendia, staże dla młodych, zdolnych pracowników itp.


W przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego twierdzę, że polscy przedsiębiorcy odpowiedzialność za państwo świadomie na swych barkach niosą pomimo przeciwieństw, kłód rzucanych pod nogi, straszenia karami, domiarami, zaostrzania prawa i opresyjnej działalności urzędów i instytucji. To przedsiębiorcy zatrudniają pracowników, płacą podatki .To im należy się pomnik, a przecież od nikogo nie usłyszeli słowa – dziękuję.


Polscy przedsiębiorcy od lat zabiegają o utworzenie samorządu gospodarczego – ich prawdziwej reprezentacji wobec władz państwowych, samorządowych i związków zawodowych. Odpowiedź na ten postulat jest niezmiennie negatywna. Polscy przedsiębiorcy powinni brać tyle odpowiedzialności za Polskę na ile ich głos jest słyszany, brany pod uwagę, przyjęty do realizacji przez rządzących. By ponosić odpowiedzialność trzeba mieć wpływ na decyzje, czyli współdecydować. Moja reguła brzmi – tyle odpowiedzialności ile współdecydowania. Tymczasem sposób prowadzenia konferencji, na której głos zabrał Jarosław Kaczyński i wygłoszone wystąpienia wykazały, że władza potrafi słuchać tylko siebie i sobie… miłych.


Milcząca większości! Czas na gest Kozakiewicza!


27 marca 2017


Dla samodzielnie myślących Polaków konflikt między dwiema partiami PO i PiS, toczony od kilkunastu lat już dawno przestał być przedmiotem beztroskich żartów, kpin i dowcipów. Stał się sprawą poważną. Dlaczego? Otóż spór ten i zacietrzewienie przywódców przekładające się na postawy ich pretorian, a w dalszej kolejności aktywistów i zwolenników ukazał, że ci ostatni nie są z różnych powodów zdolni do samodzielnego, racjonalnego myślenia, refleksji i nabrania dystansu do głoszonych przez przywódców tez. Co jeszcze gorsze ukazał, że coraz bardziej zastraszone i oportunistyczne środowiska czy to inteligencji, czy przedsiębiorców przyjmują postawę biernej akceptacji. I tak oto wzruszenie ramion i tekst „i tak nic nie można zrobić” cechuje „polską milczącą większość”.
Ostatnie tygodnie przyniosły wydarzenia, które jak sądzę dla wielu Polaków stanowią punkt zwrotny. Trudno nie będąc dumnym Polakiem i patriotą przejść obojętnie wobec sporu o wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej. Przebieg sporu unaocznił szereg faktów najwyższej wagi.
Na pierwszym miejscu trzeba wskazać, że Jarosław Kaczyński nie waha się sporu wewnętrznego, politycznego i personalnego przenieść na forum międzynarodowe angażując w to ze strony polskiej wszystkich swych współpracowników i starając się wciągnąć w konflikt możliwie najszersze gremia polityków zagranicznych.


Co więcej, trzeba wskazać, że w imię własnych racji Jarosław Kaczyński okazuje się być tak zapiekłym, że nawet gdy pozostanie osamotniony w skali międzynarodowej odrzuci wszelkie kompromisy i koalicje, nadal głosząc swoje.


Podwładni mu urzędnicy otrzymują polecenie formalnego i werbalnego zgłaszania sprzeciwu wobec konkluzji uzgodnionych przez wszystkie państwa UE (poza Polską), blokowania i zrywania obrad, wysuwania gróźb wobec różnych gremiów europejskich w kwestiach nie mających nic wspólnego z wyborem Donalda Tuska.


Podwładni Jarosława Kaczyńskiego w osobach przedstawicieli rządu gotowi są iść „w zaparte” ryzykując utratę realnych korzyści finansowych, politycznych i innych wynikających z członkostwa we wspólnocie. Aż chce się zapytać, jak na taką postawę zapatrują się polscy rolnicy, którym z powodu konfliktu wokół tragedii smoleńskiej uniemożliwiono eksport produktów rolnych do Rosji, a teraz grozi ograniczenie sprzedaży na rynki Europy Zachodniej, a nawet wstrzymanie bądź zmniejszenie dopłat do rolnictwa.


Analizując rozgrywkę, jaką przeprowadził Jarosław Kaczyński próbując uniemożliwić wybór Donalda Tuska, trudno nie posłużyć się określeniem zaczerpniętym z futbolu, „że się zakiwał”. Z pewnością pomogli mu w tym doradcy klasy Ryszarda Czarneckiego. To oni utwierdzili go w przekonaniu, że twarde polskie „nie” będzie skuteczne. Tymczasem każdy, kto miał i ma właściwą ocenę stosunków politycznych między przywódcami państw Unii Europejskiej wie, że stanowcze „nie” słabszego partnera musi, nie powinno, a musi wywołać reakcję sprzeciwu po stronie silniejszego. I tak oto Jarosław Kaczyński występując otwarcie przeciwko Donaldowi Tuskowi sprowokował przywódców europejskich do reakcji, której być może sami nie chcieli. Dlaczego? Ponieważ stanowisko Rady Europejskiej w myśl niepisanej, ale obowiązującej reguły powinien otrzymać socjalista (rozważano kandydaturę prezydenta Francji F. Hollanda). Należało się ono właśnie socjalistom, ponieważ dwa ważniejsze stanowiska otrzymali już przedstawiciele partii chadeckich. A zatem przywódcy europejscy, by „przywołać rząd polski do porządku”, by wskazać mu jego miejsce w szyku musieli… poprzeć Donalda Tuska.


Jarosław Kaczyński brnąc w błąd za błędem znowu za namową doradców zgłosił Jacka Saryusz-Wolskiego. Takie zachowanie przypomina „licytowanie w ciemno” mimo, że się wie jak słabe ma się karty. Pół biedy, gdyby osoba Saryusz-Wolskiego została wycofana przed głosowaniem, po spotkaniach pani premier Szydło z wieloma delegacjami – gdy pewność, że nikt go nie poprze była widoczna. Ponieważ tego nie zrobiono – a byłaby to szansa uniknięcia nokautu, doszło do niespotykanej sytuacji, gdy przeciw Polsce głosowały wszystkie delegacje europejskie.
Swym zachowaniem Jarosław Kaczyński osiągnął coś, co nie sposób nazwać, a co będzie miało brzemienne skutki dla Polski w przyszłości. Ukazał on Polskę na scenie europejskiej jako nieprzewidywalnego, nieodpowiedzialnego, osamotnionego frustrata niezdolnego do współpracy, kompromisów, potrafiącego jedynie w imię słownej fanfaronady poświęcić prestiż, pozycję, interesy. Co więcej, rząd polski swym żądaniem doprowadził do zjednoczenia przeciw sobie wszystkich państw Unii Europejskiej. I tak oto Włosi, Brytyjczycy, którzy nie przepadają za Niemcami zgodnie zaakceptowali wspieraną przez Niemców (jak twierdzi PiS) kandydaturę Donalda Tuska.


Dramat sytuacji polega na tym, że z powodu wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej szczególnej wagi nabiorą negocjacje wewnątrz Unii odnośnie zmniejszonej kwoty pieniędzy do podziału między kraje, takie jak Polska. Przypomniał nam to już prezydent Francji ripostując na wystąpienie pani premier Szydło.
Im bardziej rząd i politycy PiS pogrążali się z powodu porażki przy wyborze Donalda Tuska, tym bardziej absurdalnych i zaczepnych w stosunku do polityków zagranicznych używali określeń. Słowa pani premier podczas kolacji w Brukseli, że nie podpisze dokumentów szczytu są dowodem niezrozumienia powagi sytuacji. Słowa Ryszarda Czarneckiego w wywiadzie radiowym, że „daliśmy przykład, a z Polską trzeba się liczyć”, a dalej, że „nic o nas bez nas” a „inni pójdą naszym śladem” to dowód, że politycy PiS mogą uzasadnić i bronić każdy popełniony przez siebie błąd. Czerpiąc obficie z najgorszych przykładów naszej historii, historii anarchii magnacko-szlacheckiej, w imię zasady „nie pozwalam” rząd polski zapomniał, że to właśnie w traktacie lizbońskim Lech Kaczyński podpisał według jakich reguł będą dokonywane wybory wewnątrz Unii Europejskiej. Warto politykom PiS przypomnieć, że Lech Kaczyński nie skorzystał wtedy z rad wielu Polaków i patriotów wzywających go do przedstawienia własnego, odmiennego, polskiego stanowiska.
Sprawa wyboru Donalda Tuska ma swoje dalsze reperkusje w Polsce. Zorganizowano triumfalne powitanie pani premier Beaty Szydło na lotnisku w Warszawie po powrocie z Brukseli. Stawił się osobiście Jarosław Kaczyński i wybrane grono pretorian. Sposób, w jaki partyjno-rządowe media, a w szczególności TVP, relacjonowały całą kwestię jest obrazą, przejawem lekceważenia, by nie powiedzieć pogardy, dla polskiego społeczeństwa. Propaganda czasów PRL-u to nic wobec półprawd, fałszu, przeinaczeń, manipulacji i kłamstw, którymi zionie TVP.


Sumując ten wątek trzeba wskazać na rzecz najważniejszą – kampania sprzeciwu wobec Donalda Tuska poprowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego przyniosła efekt odwrotny do zamierzonego. Został on wybrany i to absolutną, największą możliwą ilością głosów. I tak oto jeśli po ośmiu latach rządów PO społeczeństwo oceniło negatywnie te rządy i jedni w odruchu rozpaczy, żalu, sprzeciwu, a inni w odruchu nadziei i wiary w lepsze jutro oddali głosy na PiS – to dziś dramat polega na tym, że PiS swą polityką napędza głosy nie komu innemu, jak właśnie PO, bądź pogrobowcom, spadkobiercom i klonom tej partii. Co gorsza, PiS swym działaniem sprzyja powstaniu koalicji jednoczącej PO z lewicą wszelkiej maści. Dla milczącej większości Polaków taka perspektywa to gorzej, niż wpaść z deszczu pod rynnę.


Nowy front, który otworzył PiS to atak na samorządowców. To Jarosław Kaczyński i pani premier Beata Szydło nie przebierając w słowach oskarżyli samorządowców o nepotyzm, korupcję, tworzenie klik i tym podobne grzechy. Oskarżeń tych nigdy nie poparli konkretnymi przykładami i dowodami (poza Warszawą, gdzie skorumpowanych urzędników kojarzy się i z PiS i z PO). Atak na samorządowców to atak na grupę społeczną w większości uczciwą, odpowiedzialną i mającą poczucie obowiązku wobec lokalnych społeczności i małych ojczyzn. Samorządowcem z krwi i kości można się urodzić, ale nawet wtedy trzeba lat pracy w strukturach samorządowych by wiedzieć jak, kiedy, z kim mobilizować lokalną społeczność do wspólnego działania. Samorządowiec to społecznik i jednocześnie państwowiec. Tak mało w naszej historii mieliśmy lat, kiedy autentyczny samorząd mógł działać, że troska o autorytet samorządu powinna być priorytetem władzy centralnej. Dlatego frontalny atak Jarosława Kaczyńskiego i PiS na samorządy polskie jest głupotą i złem.


Nie dziwota zatem, że środowisko samorządowe czując się obrażone i wdeptane w ziemię skrzyknęło się i zaczęło organizować. 16 marca w Warszawie odbyło się forum samorządowe, na które przybyło ponad tysiąc wójtów, burmistrzów, prezydentów miast i radnych. O czym debatowano? Na pierwszym miejscu słychać było głosy sprzeciwu, krytyki, wezwania do konfrontacji z rządem. Pomysł PiS o zmianie ustawy samorządowej ograniczający kadencyjność, upolityczniający i upartyjniający samorządy – potępiany był przez wszystkich. Jasny dowód na takie postrzeganie samorządowej Polski przez rządzących przyniósł wynik referendum w Legionowie, sromotnie przegranego przez zwolenników PiS-owskiej teorii o wielkiej Warszawie.


Moim zdaniem władza centralna, która mobilizuje przeciw sobie struktury samorządowe to znaczy prowadzi do konfliktu między różnymi szczeblami władzy administracyjnej – skazuje się na porażkę. Władza centralna, która nawet sympatyzujących z nią i wspierających tę władzę wójtów, radnych gotowa jest usunąć ze stanowisk za sprawą dwukadencyjności wystawia sobie najgorsze świadectwo.
To, nad czym należy najbardziej ubolewać to fakt, że rządzący w sposób zdecydowany i bezwzględny odrzucają wszystkie oferty współpracy, każdą wyciągniętą z pomocą i radą rękę i głowę. Co gorsza, swymi działaniami jednoczą i mobilizują przeciw sobie wszystkich i wszystko pod hasłem „kto nie z nami, ten przeciw nam”. Przejawem pychy i próżności Jarosława Kaczyńskiego i PiS jest mniemanie, że elektorat znając „dokonania i zasługi” poprzednich rządzących nigdy nie będzie chciał do nich wrócić.


Z perspektywy wyborców widać, że jako milcząca większość nie są oni w stanie powołać trzeciej siły, która odsunęłaby od władzy złączone w chocholim tańcu PiS i PO. Nawet samorządowcy zgromadzeni w Warszawie, mający poczucie własnej liczebności, siły i sprawności organizacyjnej miast szukać samodzielnych rozwiązań zwracali się z nadzieją i życzliwością w stronę dzisiejszej opozycji. To błąd.
Milcząca większość, czyli ponad połowa polskiego społeczeństwa już dziś chciałaby odsunięcia od władzy i polityki obydwu ugrupowań – PiS i PO. Milcząca większość chce trzeciej siły, która przywróciłaby normalność, zgodę i współdziałanie Polaków w najważniejszych kwestiach. Trzecią siłą powinny stać się połączone środowiska samorządowców terytorialnych, przedsiębiorców i wszystkich, którym na sercu leży dobro Polski.


Pomaszerujemy w niemieckich butach – Euro szansą czy pułapką dla Polski?
29 kwietnia 2017 / Leave a comment


Europejczycy z coraz większym niepokojem myślą o własnej przyszłości i przyszłości kontynentu. Szukając przyczyn niepokoju jedni wskazują na kwestie ideowe, tożsamościowe, kulturowe akcentując brak bezpieczeństwa, zagrożenie dla instytucji takich jak państwo. Inni zwracają uwagę na szybkość zmian ekonomicznych i technologicznych – wynikający stąd brak poczucia pewności, stabilności, niemożność „odnalezienia się w pędzącym świecie”. Są też tacy, którzy podkreślają, że Europa nie nadąża za tempem przemian w świecie, zaś porażka w wyścigu z Azją i Ameryką przyniesie groźne konsekwencje polityczne, ekonomiczne i społeczne.
Głównymi podmiotami w Europie są państwa oraz instytucje ponadnarodowe, w tym pełniąca rolę przewodnią Unia Europejska. Stąd pytanie wielu Europejczyków – czy Unia Europejska przetrwa kryzys, w jakim się znalazła, a jeśli tak, to w jakim kierunku będzie ewoluować, jeśli nie – to co powstanie na jej gruzach? Pada wtedy wypowiadane niemal jednym tchem pytanie dodatkowe – czy wspólna waluta – euro jako czynnik scalający i dynamizujący gospodarkę Wspólnoty spełni oczekiwania teoretyków i ideologów, czy przeciwnie – euro skonfliktuje a następnie rozsadzi istniejący układ, by na koniec przestać istnieć?
Podzielam pogląd ekonomistów i polityków uważających, że odpowiedź na pytanie co do przyszłości wspólnej waluty w sposób znaczący, a może nawet dominujący wpłynie na rozwój wypadków w Unii Europejskiej w nadchodzących dziesięcioleciach.
Sądzę, że w sporze co do perspektyw i przyszłości euro należy cofnąć się i rozpocząć analizę od momentu, gdy euro kiełkowało jako koncepcja teoretyczna, a następnie gdy było wprowadzane w życie. Uważam, że pouczająca będzie powtórka z historii, gdyż unaoczni ona od czego zależały, kto podejmował rozstrzygające decyzje dotyczące wprowadzenia euro i jakimi przesłankami, kalkulacjami się kierował.
W moim artykule posłużę się metodą sięgania w przeszłość do „czasu przeszłego dokonanego”, bo fakty i prawda historyczna wiele wyjaśniają. W drugiej części artykułu posłużę się metodą „czasu przyszłego dokonanego”, bo jak będę starał się wykazać – o przyszłości, o faktach w przyszłości możemy mówić jako o wydarzeniach i procesach z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że nastąpią. Jeśli tak, to po ich analizie będziemy mogli wyciągnąć wnioski.


CZAS PRZESZŁY DOKONANY


Wspólnota Europejska i jej następczyni – Unia Europejska powstawały w imię szczytnych haseł pokoju i zapobiegania konfliktom, współpracy gospodarczej, zapewnienia dobrobytu mieszkańcom kontynentu i jednoczenia wysiłków w walce konkurencyjnej ze Stanami Zjednoczonymi. Nie należy zapominać, że jednocząca się stara Europa miała być też zaporą i przeciwwagą dla ekspansji ze Wschodu radzieckiego totalitaryzmu. Większość tych zadań została wykonana skutecznie. Najlepszym dowodem jest rozpad systemu komunistycznego, zjednoczenie Niemiec, odbudowa potencjału gospodarczego, zapewnienie dobrobytu i komfortu socjalnego mieszkańcom starej Europy i zmniejszenie dystansu ekonomicznego do Stanów Zjednoczonych.


Nowym etapem w jednoczeniu Europy a jednocześnie polem do konfrontacji w skali globalnej ze Stanami Zjednoczonymi była idea własnej, wspólnej waluty europejskiej. Ustanowiono ją jednak nie w momencie i nie według scenariusza sugerowanego przez teoretyków ekonomii, a w chwili brzemiennych w skutki faktów politycznych. Niemcy i osobiście kanclerz Helmut Kohl przez wiele lat byli przeciwnikami szybkiego utworzenia wspólnej waluty. Orędownikiem tej idei stała się Francja w momencie zjednoczenia Niemiec, a myślą przewodnią było pozbawienie potężniejących Niemiec ich własnej waluty – marki, uzyskanie (jak to mniemali Francuzi) kontroli nad gospodarką niemiecką po wprowadzeniu euro i utworzeniu Europejskiego Banku Centralnego, gdzie władza wykonawcza w znacznym stopniu spoczywać miała w rękach Francuzów. Dokonajmy krótkiej analizy historycznej, następstw i konsekwencji wprowadzenia euro. Cele, które sobie stawiano to:
1. Uzyskanie większej dynamiki gospodarczej całej Unii, szczególnie państw strefy euro
2. Zmniejszenie różnic między bogatą północą a biednym południem Unii Europejskiej
Czas poprzedzający wprowadzenie euro można podzielić na dwa okresy – lata 1979-1992 oraz 1992-1999. W roku 1979 wprowadzono w krajach aspirujących do wspólnej waluty system ERM – Exchange Rate Mechanism, tj. mechanizm zobowiązujący kraje uczestniczące do ograniczenia wahań kursu własnej waluty w stosunku do jednostki rozliczeniowej ECU – European Currency Unit o plus, minus dwa i pół procent. Mechanizm ten nazwano wężem walutowym. System ten działał sprawnie do końca lat osiemdziesiątych. W roku 1989 po zjednoczeniu, Niemcy przystąpiły z właściwą sobie determinacją i sprawnością do scalania dwu państw w jedno państwo niemieckie. Fakt ten – zjednoczenie, powiększenie Niemiec i umocnienie ich w stosunku do wszystkich państw europejskich okazał się być brzemienny w skutki. W tym miejscu warto zaznaczyć coś, co jest pomijane przez większość polityków i historyków – fakt, że po roku 1989 w Europie nastąpił rozpad kilku państw i powstanie w ich miejsce wielu małych państw narodowych. Wymieńmy tylko niektóre. W efekcie rozpadu ZSRR powstały: Litwa, Łotwa, Estonia, Białoruś, Ukraina i państwa na Zakaukaziu. Czechosłowacja rozpadła się na Czechy i Słowację. Na Bałkanach powstały: Słowenia, Chorwacja, Serbia i inne. Polska po roku 1991 graniczy wyłącznie z państwami, które przed 1989 rokiem nie istniały.
Zjednoczenie Niemiec od 1990 roku pozwoliło im na lepsze wykorzystanie zasobów kapitału i zdolności produkcyjnych przemysłu RFN do zaspokojenia popytu w dawnym NRD. Umożliwiło podjęcie szerokiego frontu inwestycji infrastrukturalnych, a także uruchomiło mnożnik konsumpcji. Żaden z pozostałych krajów starej Unii nie miał wtedy takiej szansy i przywileju jak Niemcy. Przyznać trzeba, że Niemcy go wykorzystały nie oglądając się na żadne unijne umowy i ograniczenia, chociażby dotyczące deficytu budżetowego. Przekraczał on wtedy 3% PKB. O skali wydatków Niemiec na przyłączenie i scalenie NRD niech świadczy fakt, że według szacunków łączne nakłady poniesione na ten cel w ciągu ponad dwudziestu lat wyniosły około dwa biliony euro.


Rozpad systemu komunistycznego i powstanie wielu nowych, małych państw sprzyjał realizacji starej, niemieckiej doktryny Mittle Europy. To do Polski, Węgier, Rumunii, Chorwacji, Słowenii oraz dawnych państw wchodzących w skład ZSRR nakierowano ekspansję eksportową Niemiec. Polegała ona zarówno na eksporcie gotowych wyrobów, głównie konsumpcyjnych, ale też na wykupie za bezcen przedsiębiorstw, często doprowadzaniu ich do upadku i tą drogą przejmowania całego rynku zbytu. Osobnym sposobem ekspansji było zakładanie przedsiębiorstw z kapitałem niemieckim w tych dziedzinach przemysłu, gdzie dominował wysoki udział robocizny, produkcji brudnej, ekologicznie szkodliwej. O tym, że polityka ekonomiczna Niemiec była przemyślana i nawiązywała do strategii Mittle Europy niech świadczą fakty uznania państwowości Chorwacji i Słowenii przez Niemcy bez konsultowania tego z pozostałymi krajami Unii Europejskiej oraz, co szczególnie ważne w stosunku do Polski, umożliwienie przedsiębiorcom niemieckim zaliczenia w koszty do 10% ich przychodów bez ujawniania sposobu wydatkowania. Domyślić się należy, że pieniądze te przeznaczone były na nieewidencjonowany wykup majątku w państwach postkomunistycznych, łapówki i korupcję.


W roku 1990 do węża walutowego przystąpiła Wielka Brytania. Około roku 1992 uwidoczniła się różnica w dynamice i strukturze gospodarczej między Niemcami i krajami Południa, głównie Włochami i Hiszpanią. Konieczną okazała się korekta współczynników węża walutowego – zrewaluowano markę o 3,5% i zdewaluowano lira o 3,5%. Ponieważ działania te okazały się nieskuteczne, to już w roku 1993 Włochy i Wielka Brytania wystąpiły ze strefy ERM. Do roku 1995 lir i funt brytyjski zostały zdewaluowane w stosunku do ECU o około 30%. Hiszpania i Portugalia pozostały w wężu walutowym dewaluując swoje waluty kilkukrotnie. Widełki dopuszczalnych odchyleń kursów własnych walut od kursu ECU rozwarto do plus minus 15%.


Okres lat 1992-1999 to w efekcie dewaluacji lira czas gwałtownego przyspieszenia w eksporcie Włoch. Poprawia się też sytuacja producentów brytyjskich, portugalskich. Napływ tanich, konkurencyjnych włoskich produktów do południowych Niemiec, obawa o przetrwanie własnych firm wymusiła i przyspieszyła zgodę Niemiec na wprowadzenie wspólnej waluty – euro. O tym, że sprawa była poważna, niech świadczy fakt, w ostatniej dekadzie XX wieku udział Niemiec w światowym eksporcie produktów przemysłowych spadł o kilkanaście procent. Można sobie wyobrazić, co stałoby się z gospodarką niemiecką, gdyby w tym czasie nie wykorzystała ona „amortyzatora”, jakim stał się zwielokrotniony eksport do byłych państw komunistycznych. Stąd decyzje Niemiec były stanowcze, ale też dobrze skalkulowane. I tak oto obawy Francji przed rosnącą potęgą zjednoczonych Niemiec, uznanie euro za narzędzie umożliwiające skrępowanie i poddanie kontroli gospodarki niemieckiej spotkało się z przychylnością samych Niemców. Dostrzegli niekorzystne dla siebie efekty dewaluacji lira i funta i uznali, że wprowadzenie wspólnej waluty wprawdzie ograniczy im swobodę manewru, ale jeszcze bardziej utrudni życie takim krajom jak Włochy, Hiszpania czy Portugalia. Czas pokazał, że to Niemcy mieli rację. Obrazowo rzecz ujmując, Francuzi po wprowadzeniu euro chwycili rękami za lejce, a Niemcy dostały do rąk bat.


Obalenie muru berlińskiego i zjednoczenie Niemiec, ale przede wszystkim wprowadzenie wspólnej waluty euro uświadomiły myślącym dalekowzrocznie przedsiębiorcom i politykom niemieckim – bo Niemcy to państwo poważne, że należy dokonać manewru poprawiającego konkurencyjność gospodarki niemieckiej. Z jednej strony powinna ona szybko podnosić średnią wydajność pracy poprzez skoncentrowanie nakładów w dziedzinach o największym postępie technicznym, by wygrać batalię eksportową z państwami Azji, z drugiej strony – powinna zahamować wzrost kosztów robocizny, by nie przegrać pojedynku z tanim robotnikiem azjatyckim bądź pochodzącym z Europy postkomunistycznej. Poprawa ta powinna dotyczyć przede wszystkim ograniczenia kosztów tzw. społecznej gospodarki rynkowej, a zatem sprowadzać się do ograniczenia wydatków socjalnych i spowolnienia tempa wzrostu płac. Reforma polityki społecznej i polityki płac w Niemczech podjęta w latach 2003-2005 nazywana jest reformą Petera Hartza.
W jej efekcie nastąpiło radykalne spowolnienie wzrostu płac, ponad dwa miliony osób utraciło prawo do długoterminowych zasiłków dla bezrobotnych. Ograniczono koszty robocizny, zwiększono stopę oszczędności w społeczeństwie niemieckim i dzięki temu wygenerowano fundusze na udzielanie pożyczek krajom Europy Południowej. Koszty robocizny w krajach Unii (Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Włoszech) w latach 1998-2011 w stosunku do kosztów robocizny w Niemczech wzrosły w tym okresie od 20 do 50%. Widać tu najwyraźniej, jak ogromną przewagę konkurencyjną uzyskały firmy niemieckie. Ograniczenie dynamiki konsumpcji w Niemczech spowodowało z drugiej strony spadek popytu na dobra i usługi dostarczane przez państwa Europy Południowej – niektóre dobra luksusowe, turystykę. I znowu, jak w latach poprzednich, Niemcy w realizacji tej polityki skorzystały z zaplecza, jakim dla własnej gospodarki uczyniły rynki i przedsiębiorstwa postkomunistycznej Europy Środkowo-Wschodniej. Ograniczenie tempa wzrostu funduszu płac w Niemczech było możliwe dzięki „wypchnięciu” do sąsiadów ze wschodu, w tym Polski, tych branż przemysłu, a także faz produkcyjnych, które wymagały dużego udziału robocizny. Ponieważ koszty robocizny w krajach takich jak Polska stanowiły często jedną dziesiątą i mniej kosztów robocizny na podobnych stanowiskach w Niemczech, to łatwo zrozumieć dlaczego reforma Petera Hartza mogła zostać przeprowadzona tak skutecznie i sprawnie. Co więcej, przedsiębiorcy niemieccy wobec własnych związków zawodowych jako straszaka użyli robotników ze Wschodu argumentując, że brak porozumienia w sprawie płac spowoduje przeniesienie produkcji do byłych państw komunistycznych.
Rozpad systemu komunistycznego i zjednoczenie Niemiec umożliwiły firmom niemieckim ekspansję gospodarczą i kapitałową na Europę Środkowo-Wschodnią. Wykorzystana została ona jako nowy, uzupełniający rynek zbytu, bufor i stabilizator dla własnych przedsiębiorstw. Euro – wprowadzone po dziesięciu latach od zjednoczenia dzięki przemyślanej i starannie przygotowanej przez Niemców strategii pozwoliło im zdominować gospodarkę europejską, wyrosnąć na największego eksportera w gospodarce światowej i kredytodawcę państw Europy wschodniej i południowej. Stopniowe wciąganie w orbitę swoich wpływów nowo powstałych po rozpadzie komunizmu państw europejskich takich jak Słowenia, Chorwacja, Łotwa, Estonia po przyjęciu przez nie euro doprowadziło do uzyskania formalnej przewagi politycznej Niemiec w głosowaniach w ramach Unii Europejskiej.


CZAS PRZYSZŁY DOKONANY


Po powtórce z historii dokonajmy wyboru horyzontu czasu w spojrzeniu w przyszłość. Jestem przeciwnikiem koncentrowania uwagi na „zegarze politycznym” – ten odlicza czas od kadencji do kadencji, od wyborów do wyborów, najczęściej są to cztery, pięć lat. To okres zbyt krótki, zbyt wiele w nim zjawisk i wydarzeń przypadkowych, trudno uchwycić trend. Czas, który powinniśmy przyjąć do naszej analizy to czas jednego, dwóch pokoleń.
Zacznijmy mówić o „czasie przyszłym dokonanym”. Już dziś mamy dane, moim zdaniem najważniejsze, które w sposób dominujący wpłyną na przyszłe procesy ekonomiczne, społeczne i polityczne. Tą informacją jest prognoza demograficzna dla Europy do roku 2050. Możemy o niej śmiało powiedzieć, że dane tam zawarte spełnią się z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością w przyszłości. Co można wyczytać z prognozy?


Do roku 2050 na świecie przybędzie około 2,5 miliarda ludzi. Ludność USA osiągnie 400 milionów dzięki przyrostowi o około 90 milionów. W tym samym okresie populacja w Europie zmniejszy się o około 30 milionów, zaś w krajach Unii Europejskiej, licząc z Wielką Brytania, nie ulegnie ona zmianie utrzymując się na poziomie około 500 milionów. Jako ciekawostkę podam, że w tym okresie ludność Rosji spadnie o około 20 milionów do 120 milionów, a ludność Ukrainy o 13 milionów do 34 milionów. Łącznie w dziesięciu postkomunistycznych krajach Europy ubędzie około 50 milionów ludzi. Zdaniem demografów jest to zapaść, jakiej Europa nie zna od XIV wieku, tj. od epidemii dżumy. Szczególnie ważny jest spadek liczby ludności w Niemczech o 10-12 milionów. W Polsce ubędzie około 4-6 milionów. Liczba ludności Francji zwiększy się o 5 milionów, a Hiszpanii i Włoch o 5-6 milionów. Będziemy zatem świadkami (kto dożyje) zapaści demograficznej Niemiec i wzrostu liczby ludności w krajach Europy Południowej.
Zjawiskiem, które już dotknęło wszystkie kraje Unii Europejskiej, a którego siła będzie narastać jest wzrost udziału ludności w wieku poprodukcyjnym, spadek udziału dzieci do lat czternastu i spadek udziału ludności w wieku produkcyjnym. Siła tego zjawiska będzie bardzo duża. W Niemczech liczba pracujących spadnie o około 12 milionów ( o ponad 20%) i osiągnie 40 milionów pracujących. W całej Unii Europejskiej udział ludności w wieku powyżej 66 lat wzrośnie o około 10% do 28% społeczeństwa. Udział ludności w wieku produkcyjnym spadnie z obecnych 70% do około 50%. Powyższe dane nakazują zastanowić się nad ich skutkami ekonomicznymi, społecznymi i politycznymi oraz działaniami, które zostaną podjęte przez rządy poszczególnych krajów, by negatywne skutki zmian demograficznych złagodzić, a niekorzystne trendy w dłuższej perspektywie odwrócić.


Przykładem działań doraźnych, próbą znalezienia rozwiązania „gotowego” jest doktryna imigracyjna Angeli Merkel. Doktryna ta mówi, że skoro Niemcy znalazły się w sytuacji bez wyjścia i potrzebują rąk do pracy to nie mogąc czekać, powinny w większym stopniu niż dotychczas otworzyć się na imigrację zarobkową. Nie przewidziano jednak, że polityka ta szybko doprowadzi do zradykalizowania nastrojów społecznych, konfliktów etnicznych i religijnych, wzrostu przestępczości. Podjęta przez Angelę Merkel bez konsultacji z innymi przywódcami Unii decyzja o otwarciu granic skonfliktowała Niemcy z wieloma państwami Unii Europejskiej, które z imigrantami mają problemy od szeregu lat.
Porażka polityki imigracyjnej Niemiec unaoczniła, że należy działać wielotorowo. Dlatego Niemcy mocno poparły otwarcie UE na napływ Ukraińców. Można spodziewać się, że politykę zachęcania do osiedlania się w Niemczech przedstawią państwom Europy Południowej, gdzie przyrost naturalny jest dodatni. Proszę nie posądzać mnie o cynizm bądź czarnowidztwo, ale nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas sformułowano odpowiednie zachęty do osiedlania się polskich rodzin… z dziećmi z programu 500+.
Niemcy z pewnością podejmą wielokierunkowe działania pronatalistyczne. Otrzymają one priorytet w wymiarze ekonomicznym, społecznym i kulturowym. Działania prokreacyjne skierowane będą na wzrost wydatków budżetowych oraz ulg i przywilejów dla rodzin z dziećmi. Z pewnością polegać będą one na wydłużeniu płatnych urlopów macierzyńskich i ojcowskich, dofinansowywaniu ruchomego czasu pracy dla rodziców i opiekunów, powiązaniu wysokości emerytur z liczbą dzieci bądź latami opieki nad nimi czy wreszcie na finansowaniu przez państwo żłobków i przedszkoli a także dóbr konsumpcyjnych oraz edukacji dzieci i młodzieży. Wydatki z budżetu państwa będą rosły – to pewne. Ale pewne jest też to, że nie zawsze i nie z tą samą efektywnością przekładają się one na rosnącą dzietność rodzin. W Niemczech wydatki z budżetu państwa na politykę prorodzinną wynoszą około 1,5% PKB (są stosunkowo niskie). Współczynnik dzietności od lat waha się między 1,4 a 1,5 na jedną kobietę. Dla przykładu, relacje te w innych krajach przedstawiają się następująco: we Francji 2,5% PKB przy 1,96 współczynniku dzietności, w Wielkiej Brytanii 1,5% PKB przy 1,8, w Danii 4,6% PKB przy 1,7, w Szwecji 2,5% PKB przy 1,85 i w Polsce 1,4% PKB przy 1,32. Dla przykładu w Wielkiej Brytanii rodzice na pierwsze dziecko otrzymują tygodniowo 20,7 funtów, a na każde kolejne 13,7 funtów. Jeśli przyjąć, że większość krajów pójdzie śladami państw skandynawskich, co do wysokości wsparcia rodzin to należy oczekiwać, że wydatki na politykę prokreacyjną w większości krajów, w tym w Niemczech, podwoją się w najbliższych latach osiągając poziom 3-4% PKB. Dla porównania podam, że składka państw członkowskich do budżetu Unii Europejskiej wynosi średnio około 1% PKB danego kraju. Wniosek, który się nasuwa jest prosty i oczywisty – wydatki na politykę prospołeczną, szczególnie w Niemczech, będą szybko rosły.
Z drugiej strony, wzrost udziału w populacji ludzi w wieku poprodukcyjnym spowoduje dodatkowy wzrost kosztów polityki społecznej. Będziemy mieli do czynienia z szeregiem bardzo ważnych i głębokich zmian w relacjach ekonomicznych. Jeśli przyjąć, że średnia emerytura stanowi 30 do 70% średniej płacy to wzrost udziału ludności w wieku poprodukcyjnym przełożyć się może na spadek globalnego popytu konsumpcyjnego. Z pewnością nastąpi jednocześnie zmiana struktury tego popytu, gdyż rosnąca populacja emerytów o wiele więcej wydawać będzie na zdrowie, opiekę i usługi niż na żywność, odzież i dobra konsumpcyjne trwałego użytku.