Patologie wynagrodzeń
Dodane przez admin dnia March 21 2019 20:32:21
Jerzy Żyżyński

Wynagrodzenia to drażliwy temat, zawsze były przyczyną konfliktów, zawiści, swarów, uprzedzeń, donosów i psucia ludziom krwi. I dlatego to, jakie płace otrzymują poszczególni pracownicy firm jest zwykle skrywane przed ich koleżankami i kolegami. Po to, by nie było konfliktów. Ale ekonomista musi na kwestię wynagrodzeń patrzeć wyłącznie wzrokiem chłodnej ekonomicznej analizy i kalkulacji zarówno aspektów mikroekonomicznych jak i skutków makroekonomicznych. Warto sobie wyjaśnić podstawowe kwestie, bo w ostatnich wydarzeniach mieszają się niewiedza o faktach z nieznajomością podstaw ekonomii, doprawione niestrawnymi przyprawami populizmu.
Treść rozszerzona
Jerzy Żyżyński
Patologie wynagrodzeń

Wynagrodzenia to drażliwy temat, zawsze były przyczyną konfliktów, zawiści, swarów, uprzedzeń, donosów i psucia ludziom krwi. I dlatego to, jakie płace otrzymują poszczególni pracownicy firm jest zwykle skrywane przed ich koleżankami i kolegami. Po to, by nie było konfliktów. Ale ekonomista musi na kwestię wynagrodzeń patrzeć wyłącznie wzrokiem chłodnej ekonomicznej analizy i kalkulacji zarówno aspektów mikroekonomicznych jak i skutków makroekonomicznych. Warto sobie wyjaśnić podstawowe kwestie, bo w ostatnich wydarzeniach mieszają się niewiedza o faktach z nieznajomością podstaw ekonomii, doprawione niestrawnymi przyprawami populizmu.


Zacznijmy od tego, że Polacy są biedni. Zwykle mówi się o wartości średniej wynagrodzenia – jego wartość brutto w gospodarce w III kwartale 2018 r. wyniosła 4580 zł; dla przedsiębiorstw mamy dane za miniony grudzień – to prawie 5,3 tys. zł; w różnych gałęziach gospodarki jest nieco więcej lub mniej, na przykład w informacji i komunikacji to ponad 8,4 tys. To jest oczywiście i tak niedużo, ale pamiętajmy, że to są średnie wartości, a w przypadku wynagrodzeń średni poziom ma tę szczególną własność, że zasadniczo różni się od tzw. dominanty, która jest znacznie niższa. W 2016 r. dominanta, czyli maximum funkcji rozkładu, była na poziomie bliskim najniższej płacy, 2,06 tys. zł; 2/3 pracowników otrzymywało wynagrodzenia niższe od średniej; natomiast 9-ty decyl, czyli wartość „odcinająca” 10% najbogatszych była tylko o 66% wyższa od średniej.


Ten ogólny obraz, który pokazuje „przeciętną biedę” Polaków, ale jest oczywiście powierzchowny. Trzeba sobie jednak przede wszystkim uświadomić to, że ogólna nasza zamożność zależy od tego, ile wytwarzamy. Bogactwem jest bowiem to, co produkujemy, a pieniądz jest tylko narzędziem rozdziału między członków społeczności dóbr i usług, które ona wytworzyła. A ten stan rzeczy wynika przecież z tego, że w międzynarodowym podziale pracy ulokowano nas tak, że mamy przede wszystkim wytwarzać części i półprodukty włączone w międzynarodowe łańcuchy kooperacji globalnej gospodarki, które mają być dobrej jakości, ale jak najtańsze, zatem o niskiej wartości dodanej. Nasz eksport z nieco ponad 20% PKB w połowie lat 90-tych doszedł do ponad 50% PKB w ostatnich latach. A wartość dodana to płace i zyski – zatem skoro nasi kontrahenci potrzebują tanich komponentów z Polski, to Polacy nie mogą być za bogaci: bogaci będą właściciel kapitału i ci, którzy koncentrują te etapy łańcuchów wytwarzania, w których ulokowana jest najwyższa wartość dodana.


W efekcie zasadnicza część wartości dodanej, czyli nasze wynagrodzenia muszą być niskie. I rzeczywiście, podawany w statystyce międzynarodowej wskaźnik udział kosztów związanych z zatrudnieniem w PKB jest w przypadku Polski jednym z najniższych. W 2017 r. to 38,6%, co prawda zwiększył się za rządów PiS-u, w 2015 r. wynosił 37,1%, a wcześniej, w 2007 r. 35,2%. Na liście 42 krajów Polska jest na dalekim 37 miejscu, tylko dwie pozycje wyżej niż 10 lat wcześniej. Warto wiedzieć, że pod tym względem przoduje Szwajcaria, gdzie wskaźnik ten od lat wynosi ok. 60% i Stany Zjednoczone, powyżej 53%, zaś w przypadku większości krajów rozwiniętych wynosi on od 45% do ponad 50%.
Niska wartość wskaźnika udziału kosztów związanych z zatrudnieniem w PKB wynika z kilku powodów, ale najistotniejsze jest po pierwsze zaniżanie odpisów na ubezpieczenia emerytalne, w wyniku wymuszania na pracownikach form zatrudnienia od których składka nie jest odprowadzana, głównie zatrudnianie na zlecenia. W rezultacie już teraz obserwuje się dramatyczne wpędzanie w nędzę ludzi kończących swą aktywność zawodową, gdy okazuje się, że nic lub prawie nic nie było odprowadzane na ich emeryturę. Po drugie, zaniżona składka zdrowotna – w Polsce wynosi tylko 9%, podczas gdy w innych krajach od 13,5% do 16% i jest dzielona między pracownika i pracodawcę (u nas płacona jest tylko od wynagrodzenia pracownika). Po trzecie, słabość złotego, którego kurs rynkowy jest od 40% (w stosunku do euro) do 50% (w stosunku do dolara) niższy od parytetu siły nabywczej. Stanowi to niewątpliwą korzyść dla eksporterów – wysoki eksport jest tylko dzięki temu możliwy – ale powoduje też zwiększenie kosztów importu. Co prawda dzięki temu produkcja krajowa zyskuje lepszą pozycję w stosunku do produktów sprowadzanych z zagranicy, ale jednocześnie ma miejsce zawyżenie kosztów wsadu importowego w kosztach produkcji – a nasza produkcja jest bardzo importochłonna. To zaś wymusza na pracodawcach ograniczanie kosztów pracy.


Trzeba pamiętać, że wynagrodzenie to wycena ludzkiej pracy, wartości tego, co wynagradzany daje gospodarce. Niska wartość naszego przeciętnego wynagrodzenia wynika po prostu z tego, że mała jest średnia wartość tego, co jako społeczeństwo wytwarzamy… a może nie tyle wartość, co cena, jaką chce nam zapłacić nasz zagraniczny kontrahent.


Natomiast wielkość indywidualnej płacy powinna zależeć – i zwykle zależy – od dwóch czynników: kwalifikacji i doświadczenia pracownika oraz od jego pozycji w hierarchii organizacyjnej. W firmach wynagrodzenie jest zwykle związane z zakresem ponoszonej przez niego odpowiedzialności i wielkością podwładnego personelu. Na przykład według zaprezentowanego ostatnio badania Goldman Recruitment Salary Survey 2018, wynagrodzenie głównego księgowego w warszawskich korporacjach wynosiło – pomijając skrajności - od 13,5 do 23 tys. zł., podczas gdy szeregowych księgowych bliżej średniej krajowej: od 4 do 7,5 tys. zł. Dyrektorzy finansowi to od 19,5 tys. do 37 tys., podczas gdy kontroler finansowy od 12,5 do 20 tys. zł, zaś specjalista ds. controllingu od 7,2 do 12 tys. zł. Do tego dochodzą zwyczajowe premie od 10 do 30% na wyższych stanowiskach, 5 do 10% na niższych. Dyrektorzy personalni zarabiają od 16,5 do 30 tys. zł., podczas gdy specjalista ds. rekrutacji od 4,8 do 8,3 tys. zł. W bankach zarobki dyrektorów są ogólnie wyższe niż dyrektorów korporacyjnych: od 24 tys. do 38 tys. zł, przy premiach od 15 do 40%, zaś w Shared Service Centers wynagrodzenia dyrektorskie są mniej więcej o połowę wyższe niż w korporacjach. Warto zauważyć, ze wysokie zarobki kadr kierowniczych w sektorze prywatnym są po części konsekwencją wysokiego ryzyka utraty pracy.


Wynagrodzenie zawsze mówi – powinno mówić – o wartości pracownika, jak jest ceniony przez swego pracodawcę. Stara anegdota o Henrym Fordzie opowiada, że zatrudniony przez niego specjalista od wydajności pracy analizujący funkcjonowanie firmy, wskazał słaby punkt: - Zauważyłem, że jest taki jeden człowiek, zawsze jak przechodzę przez jego gabinet, widzę, że tkwi w fotelu z nogami na biurku i zażywa drzemki, on marnuje pańskie pieniądze. A Ford na to: - On kiedyś wpadł na pomysł, dzięki któremu zaoszczędziliśmy miliony dolarów, a jego nogi znajdowały się wtedy w takim samym położeniu, co teraz


Na świecie i w Polsce w sektorze prywatnym respektuje się zasadę, że zwierzchnik zarabia dwa, trzy razy więcej od podwładnego. Wynagradzać trzeba za kwalifikacje i ponoszoną odpowiedzialność. W różnych gospodarkach obowiązuje reguła, że na stanowisku wymagającym wykształcenia płaca musi być wyraźnie wyższa niż tam, gdzie wykształcenie nie jest potrzebne, co wynika nie tylko kwestii wartości pracy, ale ma też ważny wymiar motywacyjny, wynika z zasady, że młodzież powinna widzieć, że warto się uczyć, by nie było jak w czasach tzw. socjalizmu, gdy zdarzyło mi się usłyszeć rozmowę między młodymi ludźmi: - Ty, magister, po co ci te studia, ja pójdę do prywaciarza zbijać skrzynki na jabłka i zarobię dwa razy więcej niż ty po tych swoich studiach.


Wiele jednak wskazuje na to, że w naszej ojczyźnie socjalistyczne myślenie nie zanikło w odniesieniu do kwestii płacowych, a nie umiano zmienić struktury wynagrodzeń na starcie transformacji; co gorzej nie rozumiano znaczenia tej strukturalnej kwestii. Pogłębiło problem usztywnienie polityki fiskalnej. Swego czasu ostrzegałem ministra Rostowskiego, że zgoda na przyjęcie narzucanej przez Brukselę zasady tzw. reguły wydatkowej, doprowadzi do powiększania się luki między sektorem publicznym a dynamicznie rozwijającą się gospodarką, a z czasem zredukowanie tej luki będzie coraz trudniejsze. I to teraz się potwierdza. Oto poskarżył mi się młody urzędnik, że „nasze wynagrodzenia to patologia. Przyjmuje się do pracy osoby praktycznie bez doświadczenia dając im wyższe przeliczniki w stosunku do kwoty bazowej niż ma osoba z wieloletnim stażem pracy.” Kwota bazowa to 1874 zł brutto - zamrożono ją ponad 10 lat temu - teraz ją lekko odmrażają, ale tylko o kilkadziesiąt zł. – kpina. Ale nowi dostają o 0,2 do 0,4 wyższe mnożniki aniżeli tacy jak ja, którzy pracują od kilku do kilkunastu lat dłużej. Niektórym (ale tylko niektórym) doświadczonym specjalistom te niskie zarobki próbowano jakoś zrekompensować podwyżkami okresowymi . Jednakże wraz z upływem danego okresu osoby z doświadczeniem spadły ponownie poniżej osób nowo zatrudnionych. Prowadzi to do niezdrowej atmosfery w pracy. A oczywiście pracę przerzuca się na osoby z doświadczeniem bo ktoś musi robotę wykonać, przecież nowi są jak tabula raza, jak zabiorą się za pisanie rozporządzeń czy ustaw, to mamy tylko buble prawne – czasami wchodzą one w obieg i jest kompromitacja. Sytuacja obecna prowadzić może do degeneracji Państwa, skoro sprawami pociągającymi za sobą istotne skutki finansowe będą zajmować się osoby niekompetentne, podatne na lobbing, bo nie mają pojęcia o czym piszą i wszystko im można sprzedać. Osobiście coraz częściej myślę o zmianie bowiem w końcu znam płynnie trzy języki i posiadam wiele innych kwalifikacji potwierdzonych odpowiednimi papierami więc czemu by nie uderzyć gdzieś gdzie docenią. A szkoda by było bo w końcu zajmuję się tu dosyć ciekawymi sprawami i do tego dochodzi poczucie pełnienia pewnej misji oraz pracy dla dobra Ojczyzny. Oczywiście zawsze mogę przejść do innego urzędu, bo pomiędzy urzędami zarobki też są znacznie zróżnicowane i to nie według klucza wagi spraw, ale czy to nie prowadzi do zachwiania ciągłości funkcjonowania Państwa i paraliżu pracy urzędów?”


I dodaje: „Jak urzędnicy mogą jeszcze dorabiać, w radach nadzorczych (jak się jest przyjacielem królika), albo w fundacjach (też dla zaprzyjaźnionych z tym samym zwierzątkiem), to jakoś się mają, ale dla tych, którzy takich dodatkowych fruktów nie mogą otrzymać ze względu na zakazy ustawowe (np. wiceministrowie) sprawa z zarobkami ma się kiepsko.”
Nawiasem, mówiąc takie nonsensy są też w świecie nauki. Jak skarżył mi się młody uczony, stypendium doktorskie wynosi prawie 3 tys. zł, a po obronie doktor na stanowisku adiunkta dostaje na rękę (czyli netto) mniej niż otrzymywał jako doktorant. No bo nie zauważono jakoś, że stypendia są nieopodatkowane i choć brutto nominalnie są niższe od pensji brutto adiunkta, to podatek powoduje, że po wejściu na szczebel naukowy młody człowiek biednieje. Na marginesie warto zauważyć, że kraj, który nie potrafi zdobyć się na właściwe wynagradzanie swych najlepszych mózgów – bo takie są przecież w nauce – nie ma wielkiej przyszłości w dzisiejszym świecie.
Wszyscy pracujemy na dochód netto, czyli to, co dostaniemy po opodatkowaniu. Warto na to zwrócić uwagę, bo jeśli byłby wprowadzony pomysł zwolnienia z podatków ludzi młodych – to ten, kto osiągnął wiek 26 lat automatycznie zbiednieje, bo nagle okaże się, że musi płacić podatek. Rodzi się pytanie: czy nie zacznie postrzegać państwa jako tego złego, który zabiera mu dochody? To pomysł burzący zasadę powszechności opodatkowania, która mówi, że osiągając jakieś dochody powinniśmy dzielić się nimi z państwem na rzecz dobra wspólnego - a faktycznie z tymi współobywatelami, którzy funkcjonują w sektorze publicznym. Można zwiększać kwotę wolną albo dawać mające charakter powszechny ulgi na kształcenie, na niektóre wydatki, czy za oszczędności. To ostatnie miało szczególne znaczenie dla ludzi o wyższych dochodach – i tu pojawia się nierozumiana kwestia progresji, która powinna kompensować wynikający z takich systemowych rozwiązań ubytek wpływów podatkowych.


Warto zauważyć, że sektorze publicznym „ryba wynagrodzeń”, jak każda ryba, „psuje się od głowy”. Jeśli wiceminister ponoszący odpowiedzialność za istotny zakres funkcjonowania resortu, czyli „sprężyny państwa”, dostaje na rękę 6 tys. zł, nieco powyżej średniej, to system taki jest chory, staje się źródłem innych patologii. Nie może dobrze funkcjonować państwo cementujące takie absurdy. Teoretycznie uzasadnione respektowanie „reguły fiskalnej” było jednak w złej i spatologizowanej strukturze błędne i szkodliwe. Trzeba też pamiętać, że państwo funkcjonuje w otoczeniu gospodarki rynkowej, jego instytucje muszą konkurować z przedsiębiorstwami rynkowymi o zasoby, także zasoby intelektualne, tak zwany kapitał ludzki – który jest prawdziwą siłą napędową rozwoju. Dlatego reguły wynagradzania państwowych kadr nie mogą zasadniczo odbiegać od wynagrodzeń w sektorze prywatnym – choć oczywiście mogą być niższe, bo zatrudnieni w sektorze publicznym mają poza wynagrodzeniem dodatkową korzyść względnie stabilnego zatrudnienia. To jest, można powiedzieć, absolutny elementarz ekonomii sektora publicznego. Swego czasu będąc w radzie nadzorczej jednej z ważnych publicznych instytucji z ubolewanie obserwowałem, jak wyszkolone urzędniczki po nabraniu doświadczenia dawały się złowić przez sektor prywatny, który nabywał wyszkolony personel, ale ta instytucja musiała znowu przyuczać kolejne kadry – a czyż państwo nie potrzebuje stabilnego i fachowego, doświadczonego personelu?
Oczywiście, olbrzymia większość zarabiająca w okolicach dominanty wynagrodzeń i w okolicach średniej, czyli te dwa trzy czy cztery tysiące, może być zbulwersowana poziomem zarobków kadr kierowniczych korporacji. Ludzie przecież doskonale rozumieją, że tam, gdzie jest wiedza i odpowiedzialność, tam powinno się lepiej wynagradzać - wątpliwości i niechęć budzi jednak skala nierówności. Gdy jednak z ludźmi porozmawiać, to okazuje się, że akceptują to, co mówią ekonomiści, że gospodarka rynkowa w ogóle, a słaba w szczególności - dla zachowania względnej równowagi i dla dynamiki rozwoju - potrzebuje nierówności.
Dla ekonomistów jest jednak oczywiste, że po pierwsze, zbyt wysoka nierówność jest dla gospodarki szkodliwa, stanowi hamulec rozwoju - bo koncentracja znacznej części dochodu narodowego w rękach wąskiej grupy powoduje, iż niskie dochody uzyskiwane przez większość pracowników powodują osłabienie rynku, a ponadto ma miejsce odpływ dochodu narodowego, gdy bogaci lokują swe dochody poza granicami kraju.
Po drugie, w miarę rozwoju gospodarczego nierówności powinny się zmniejszać, ale podstawowym wyznacznikiem tego procesu jest wzrost wydajności i siły gospodarki, bo jak było powiedziane, bogaci jesteśmy wartością tego, co wytwarzamy.


Po trzecie, istnieje pewien optymalny poziom nierówności, który gwarantuje względną równowagę i dynamikę rozwoju. Warto zatem przypomnieć, że w gospodarce rynkowej racjonalna struktura wynagrodzeń, czyli taka, która do takiego optimum przybliża, może być kształtowana tylko poprzez dobre prawo pracy i mądrze skonstruowany system progresywnego podatku dochodowego. Jednak „majstrowanie” przy podatkach to dla polityków zawsze najbardziej ryzykowny obszar działalności, jest jak pole minowe. Warto by zatem póki co było pamiętać zasadę racjonalnego zarządzania publicznego, że wynagrodzenia w instytucjach publicznych powiązanych z rynkiem powinny być w jakimś stopniu harmonizowane z tymi częściami rynku, które są ich domeną. Bo wszędzie dobra wiedza może pomóc, a kierowanie się emocjami i gdybaniem w obszarach swej ignorancji może zaprowadzić na manowce.